Nowa strona

Zapraszam pod nowy adres: 
https://jhnewmanblog.wordpress.com/

Obecna strona nie będzie już aktualizowana.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Łaska chrztu świętego w nauczaniu bł. Jana Henryka Newmana

Zostaliśmy zanurzeni, uświęceni, namaszczeni, w imię Ojca Przedwiecznego, Syna Jego i Ducha Świętego.

(z hymnu na 1050. rocznicę chrztu Polski „Ufni w Bogu”)

pobraneTegoroczne, uroczyste obchody 1050-lecia chrztu Polski skłaniają nas do refleksji nad tym pierwszym, przed bierzmowaniem i Eucharystią, „sakramentem wtajemniczenia chrześcijańskiego” (KKK 1212). W nauczaniu i życiorysie bł. Jana Henryka Newmana brak jest jakichkolwiek odniesień do historii Polski, która zresztą w okresie jego życia nie istniała na politycznej mapie Europy z powodu rozbiorów. Pomimo to, przyjrzyjmy się temu, czego nasz Błogosławiony w swych kazaniach i innych pismach nauczał na temat sakramentu chrztu świętego.

W jednym ze swoich kazań Newman pyta: Jeśli nawet lilie polne, które się ścina i wrzuca w ogień, mają w sobie więcej chwały niż największe wspaniałości tego świata (Łk 12, 27-28), to co powiemy na temat o wiele bardziej wzniosłych dzieł Boga w duszy ludzkiej? Co powiemy o udzieleniu Ducha Świętego na chrzcie świętym, które „obfituje w chwałę” (2 Kor 3, 9)? O nowym stworzeniu duszy w akcie chrztu, przez który czyni nas Bóg swymi dziećmi, daje nam nową, niebiańską naturę, wszczepia Ducha Świętego i zmywa wszystkie nasze grzechy? Jak stwierdza Błogosławiony, oto chrześcijański los, wobec którego wszystkie chwały tego świata bledną.

Na innym miejscu Newman stwierdza jednoznacznie, iż dzięki łasce chrztu wszyscy chrześcijanie są „królami” w Bożych oczach – królami w Jego niewidzialnym królestwie, w Jego świecie duchowym, w komunii ze świętymi. Wyglądają oni z pozoru jak wszyscy inni ludzie, ale noszą korony na głowach i piękne szaty na sobie, a aniołowie im usługują, choć nasze cielesne spojrzenia tego nie dostrzegają. To właśnie chrzest wprowadził ich w taki błogosławiony stan. Co więcej, jak zauważa Kardynał, Bóg nie czeka aż ktoś z ludzi uczyni coś dobrego, zanim im pobłogosławi – On wie, że sami z siebie nie mogą uczynić nic dobrego, więc przychodzi do nich jako pierwszy i okazuje swą miłość zanim oni pokochają Jego. Tym właśnie jest sakrament chrztu świętego.

Girl_at_catholic_christening

Chrzest dziecka w Kościele katolickim (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Chrzest)

W jeszcze innym ze swoich kazań kardynał Newman wskazuje, że obrzędy sakramentu chrztu świętego oraz fizyczna obecność duchownych i wiernych podczas liturgii dane nam są jako jakby klucze i „zaklęcia”, dzięki którym przenosimy się w obecność świętych. Wszystkie te widzialne rzeczy w Kościele nie są tożsame z owym towarzystwem świętych – są jedynie jakby skrajem miasta czy przedsionkiem, jak krużganki biblijnej sadzawki Betesda (J 5, 1-8). Co ważne, bł. Jan Henryk Newman podkreśla, że chrzest wprowadza nas nie tylko do widzialnej społeczności Kościoła tego narodu, w którym jest udzielany – polskiego, angielskiego, włoskiego czy innego – ale poprzez „krużganek” Kościoła danego narodu – polskiego, angielskiego, włoskiego czy innego, w którym dostępujemy łaski chrztu – do niewidzialnej społeczności wybranych dusz. Ta wspaniała wspólnota jest niezależna od czasu i miejsca. Newman dodaje, że nie jest ona też splamiona niedoskonałościami i błędami tamtego widzialnego przedsionka, przez który dokonuje się wejście. Skuteczność chrztu nie zależy bowiem w żaden sposób od osobistego charakteru tych, którzy go udzielają albo przy nim asystują, lecz jedynie od łaski Bożej, która spływa na duszę. Kiedy zatem dziecko zostaje przyniesione do chrztu, to Kościół niewidzialny je przyjmuje, wstawia się za nim u Boga i udziela mu swojej świętości. Jak zatem wnioskuje Błogosławiony, jest czymś nielogicznym twierdzenie tego, co niektórzy ludzie sądzą, iż udzielanie chrztu świętego jest tylko wypełnianiem swego rodzaju obowiązku i dopełnianiem zewnętrznego jedynie rytuału. Gdyby w akcie chrztu świętego nie było działania łaski Bożej na człowieka, nie miałby on żadnego sensu dla chrześcijanina, dla którego wszystko, co pochodzi z Ewangelii ma charakter duchowy.

Jak podkreśla Kardynał, przyjęcie łaski chrztu świętego domaga się jednak wiary ze strony przyjmującego ten sakrament. To wiara, która rozwija się w sercu człowieka, uświęcając wszystkie inne łaski Boga jest jak kadzidło złożone na ofierze całopalnej, które, choć nie zastępuje ofiary, ani nie jest od niej lepsze, to jednak wznosi się wraz z dymem i poleca ją Bogu. Taka właśnie w ujęciu Newmana jest chrześcijańska wiara, która daje usprawiedliwienie, ale nie człowiekowi bezbożnemu, lecz sprawiedliwemu – takiemu, który został usprawiedliwiony poprzez chrzest święty. Stąd też Ewangelię nazywa się „prawem wiary”, a bycie uczniem Pana – „posłuszeństwem wiary”, bo choć wiara jest zasadą wszystkich religii, w świetle Ewangelii ma ona specjalne znaczenie.

Podsumowując myśli i wskazówki bł. Jana Henryka Newmana na temat chrztu świętego, zwróćmy uwagę na to, że z przyjęciem tego sakramentu wiąże się wielki zaszczyt – łaska chrztu świętego jest tak wspaniałym darem, że wynosi człowieka do godności jakby królewskiej. Po wtóre, chrzest rzeczywiście jest aktem wtajemniczenia chrześcijańskiego – wprowadza nas do wspólnoty świętych, do niewidzialnego Kościoła duchowego, który swą naturą przekracza ograniczenia czasu i przestrzeni tego świata. Życzmy sobie zatem w tym jubileuszowym roku, upamiętniającym przyjęcie chrześcijaństwa przez polski naród, by nigdy nie zabrakło nam, mieszkańcom tego kraju, wiary do rozwijania udzielonej nam na chrzcie świętym Bożej łaski. Niech spełniają się w naszym życiu słowa jubileuszowego hymnu, upamiętniającego obchodzoną rocznicę chrztu Polski:

Chrztu świętego przyrzeczenia wiarą mocną odnawiamy,

aby dać odpowiedź Tobie, Jezu Chryste, Królu Panie.

Marcin Kuczok

Tekst ukazał się drukiem w „Świętogórskiej Róży Duchownej” nr  3/2016 (232), s. 21-22

Bibliografia:

J.H. Newman, Lectures on the Doctrine of Justification, Londyn 1908.

J.H. Newman, Parochial and Plain Sermons, Ignatius Press, San Francisco 1997.

„Ufni w Bogu. Hymn na 1050. rocznicę chrztu Polski”, sł. ks. Dariusz Dąbrowski COr, muz. ks. Mariusz Białkowski.

 

Opublikowano Rozważania | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Chrześcijanin mieszkaniem Ducha Świętego

Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?

(1 Kor 6, 19) 

duch-swiety.jpg

Źródło: http://jezuschrystus.eu/litania-do-ducha-swietego/

W dzisiejszych czasach nurty charyzmatyczne w teologii i praktyce życia chrześcijańskiego wydają się przybierać na znaczeniu, tak w codziennej pobożności wielu ludzi, jak i w wypełnianiu przez Kościół zadania nowej ewangelizacji. Niemniej jednak, Duch Święty pozostaje tą najbardziej trudną do wyobrażenia sobie i zrozumienia Osobą Trójcy Świętej: niewidzialny, niedotykalny i tajemniczy, dający się poznać jedynie poprzez swoje dary, udzielone ludziom charyzmaty i owoce obecności w Kościele. Jak jednak przekonuje Kardynał Newman, podobnie jak z Bogiem Ojcem i Synem Bożym, Jezusem Chrystusem, także i z Duchem Świętym chrześcijanin nie tylko może, ale wręcz powinien nawiązać osobową relację.

W jednym ze swoich kazań Błogosławiony mówi, że Duch Święty przychodzi do nas tak samo jak Chrystus – poprzez prawdziwe i osobowe nawiedzenie. Przenika On duszę jak światło przenika budynek albo jak słodki zapach perfum przenika fałdy pięknej sukni: Duch Święty jest w nas, a my w Nim. Łaska Boża według Jana Henryka Newmana to nie jakieś bezosobowe przyzwyczajenie lub usposobienie człowieka, ale to osobowa relacja człowieka z Bogiem – osobowe zamieszkiwanie Ducha Świętego w człowieku, w jego duszy i ciele. Newman modli się w jednym ze swoich rozważań słowami:

Ty w nieskończonej dobroci od początku wszedłeś do mojej duszy i objąłeś ją w posiadanie. Uczyniłeś ją Twoją świątynią. W niewysłowiony sposób przebywasz we mnie poprzez łaskę Twą, łącząc mnie z sobą i z całą wspólnotą aniołów i świętych. Więcej – jak niektórzy utrzymują, obecny jesteś we mnie nie tylko Twoją łaską, ale Twoją wieczną substancją, tak jakbym, nie tracąc własnej indywidualności, był nawet w tym życiu w jakiś sposób wchłonięty przez Boga. Więcej – jest tak, jakbyś wziął w posiadanie również ciało moje, ten ziemski, cielesny, nędzny przybytek – nawet ciało moje jest Twoją świątynią.

Tak więc, według Newmana Duch Święty jest czymś więcej niż tylko zewnętrznym darem – przemienia On osobę ludzką i wynosi na wyżyny, dając jej miejsce, którego nie miała wcześniej. Oto dzięki Duchowi człowiek staje się uczestnikiem Boskiej natury, synem Boga i nowym stworzeniem. Tę przemianę wywołaną obecnością Ducha Świętego w człowieku Newman nazywa „odrodzeniem” lub też „nowym narodzeniem”. Choć Duch Święty nie czyni nas w ten sposób bogami, odciska w nas Boży obraz. I choć natura człowieka nie zostaje w ten sposób zniszczona, nie należy on już do siebie – wszystko, co czynimy, nasza wiedza, dobre myśli, modlitwy, chrzest i wzrost w świętości pochodzą od Ducha Świętego. W swej modlitwie Newman zwraca się do Pocieszyciela następującymi słowami:

Podobnie jak nie mogłyby żyć nasze ciała, gdyby słońce zgasło, tak nasze dusze żyć nie mogą, kiedy Ty jesteś daleko.

Co ważne, choć jak Newman pisze, podstawowym miejscem otrzymywania Ducha Świętego przez człowieka jest chrzest, który dokonuje się w Kościele, Duch Boży może być także obecny w ludziach, którzy nie należą do Kościoła. Błogosławiony Kardynał nauczał, że Duch Święty zamieszkuje w papieżu, biskupach, księżach, ludziach świeckich, mężczyznach i kobietach wszystkich wyznań chrześcijańskich, jak i religii niechrześcijańskich, w dziełach przyrody i we wszystkich formach myśli ludzkiej. Nikt bowiem nie może mieć kontroli nad Duchem Świętym, a naszym zadaniem jest być nieustannie otwartym na Jego obecność, gdziekolwiek by On nie był.

Jak zatem rozpoznać obecność Bożego Ducha we wnętrzu osoby ludzkiej? Pierwszym objawem tego, że Duch Święty zamieszkuje w człowieku jest nawiązanie relacji pomiędzy wierzącym, a Bogiem Ojcem. Newman zaznacza, że Duch Święty wyciska w nas obraz Niebieskiego Ojca, który utraciliśmy, gdy nasz praojciec, Adam upadł w grzechu, i uzdalnia nas do szukania obecności Bożej dzięki temu właśnie „instynktowi” naszej nowej natury. Następnie, Duch Święty ustanawia także relację pomiędzy wierzącym, a Jezusem Chrystusem – Duch przychodzi, by uwielbić Chrystusa i sprawić, by został On poznany przez chrześcijanina i by objawić to wszystko o Jezusie Chrystusie, co pozostawało ukryte podczas Jego ziemskiego życia.

Obecność Ducha Świętego w człowieku ma także widoczne skutki w nim samym. Jednym z zasadniczych skutków tej obecności w życiu chrześcijanina jest według Błogosławionego miłość. Mówi Newman, że kochamy, ponieważ to Duch Święty uczynił miłość naszą naturą:

Boże mój, Pocieszycielu, uznaję w Tobie Dawcę owego wielkiego daru, bez którego nie możemy być zbawieni: nadprzyrodzonej miłości. Człowiek jest z natury ślepy i nieczuły na wszystkie sprawy duchowe; jakże ma dosięgnąć nieba? Może tego dokonać tylko płomień łaski Twojej, który spala go po to, aby go odnowić i w ten sposób uczynić go zdolnym do cieszenia się tym, czego bez Ciebie nie umiałby nawet zapragnąć.

Duch Święty jest Pocieszycielem, który uzdalnia człowieka do podejmowania wysiłku i ponoszenia ofiary z miłości do Boga:

To Ty, wszechmocny Pocieszycielu, byłeś zawsze i jesteś siłą, zapałem i wytrwałością męczennika w samym ogniu jego mąk. Ty jesteś stałością wyznawcy w jego długich, uciążliwych, upokarzających trudach. Ty jesteś płomieniem, którym kaznodzieja, nie myśląc o sobie, zdobywa dusze w swojej pracy apostolskiej.

Duccio_di_Buoninsegna_-_Pentecost_-_WGA06739

Duccio, „Zesłanie Ducha Świętego” (1308-1311)

Jak naucza Kardynał Newman, inne ważne dary pochodzące od mieszkającego w sercu człowieka Ducha Świętego to prawda, radość, jedność i pokój. Zwłaszcza bez owego pokoju, pochodzącego od Ducha Świętego, człowiek jest niespokojny, myśli o sobie, mówi pospiesznie i nie ma czasu dla innych. Duch Boży mieszkający w człowieku odpędza zwątpienie, smutek i niecierpliwość, zamieniając je w radość z Ewangelii, nadzieję nieba, harmonię czystego serca, dając zwycięskie panowanie nad sobą, trzeźwe myślenie i zadowolenie umysłu.

Trzeba także wspomnieć, że według Jana Henryka Newmana Duch Święty, mieszkający we wnętrzu człowieka, może być źródłem jego świętości. Duch Boży uzdalnia chrześcijanina do przezwyciężania swoich grzechów, spełniania dobrych uczynków i do trwania w posłuszeństwie Bogu. Jak pisze Newman, Duch Święty zasiewa „ziarno świętości” w wierzącym, a „odrodzenie” w Duchu Świętym wyprowadza duszę na drogę wiodącą w kierunku nieba, daje dobre myśli i pragnienia, oświeca, oczyszcza i przynagla do szukania Boga. Niemniej jednak, Kardynał Newman podkreśla, że zamieszkiwanie w człowieku Ducha Świętego nie usuwa skłonności do grzechu, a człowiek poprzez doświadczenie „nowego narodzenia” nie staje się automatycznie doskonały. Tak rozumiana droga do świętości do nieustanny proces, w którym chrześcijanin stopniowo pokonuje swój grzech i inne przeszkody w osiągnięciu upragnionej świętości.

Jak zatem można wyraźnie dostrzec, Osoba Ducha Świętego zajmuje bardzo ważne miejsce, tak w nauczaniu, jak i w osobistym życiu duchowym bł. Jana Henryka Newmana. Z pewnością fakt ten upodabnia także Newmana do św. Filipa Neri, duchowego ojca i wzoru, który Newman pragnął naśladować w swoim podążaniu ku niebu. To św. Filipa, określanego często jako „stygmatyka Ducha Świętego”, Błogosławiony Kardynał nazywa w swojej litanii, napisanej na jego cześć, „naczyniem Ducha Świętego”, „męczennikiem miłości”, „sercem płomiennym” i „światłem radości świętej”. My zaś, mając więc tak wspaniałe przykłady pełnych Ducha Bożego św. Filipa i bł. Jana Henryka, prośmy za ich wstawiennictwem Pocieszyciela, by i nam dał doświadczyć „nowego narodzenia” i prowadził nas w naszych drogach ku świętości.

 Marcin Kuczok

Rozważanie ukazało się drukiem w „Świętogórskiej Róży Duchownej” nr 4/2014 (225), s. 47-50

 Bibliografia:

J.R. Connolly, „Newman’s notion of the Indwelling of the Holy Spirit in the Parochial and Plain Sermons„, Newman Studies Journal 2008, nr 5/1, s. 5-18.

J.H. Newman, Rozmyślania i modlitwy, tłum. Z. Kubiak, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1973.

J.H. Newman, Parochial and Plain Sermons, Ignatius Press, San Francisco 1997.

Opublikowano Rozważania | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Bł. Jan Henryk Newman o pokorze chrześcijańskiej

Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje.

(1 P 5, 5)

Eccehomo1

Antonio Ciseri „Ecce Homo”

Pokora to zdecydowanie nie jest modne słowo we współczesnym świecie, w którym ludzie chcą pokazywać swoje mocne strony, zabłysnąć, przyciągnąć uwagę, wybić się, umieć się sprzedać i zrobić oszałamiającą karierę. Chrześcijaństwo jednak ma to do siebie, że jego założyciel, Jezus Chrystus, nie kierował się duchem światowej mody. Królestwo Moje nie jest z tego świata (J 18, 36) – powiedział Piłatowi podczas sądu. W zasadzie całe życie naszego Pana było zaprzeczeniem wyobrażeń i oczekiwań światowych: urodził się w stajni, mieszkał w pogardzanym przez ówczesnych Żydów mieście Nazaret, w domu prostego cieśli Józefa, żył w ukryciu przez około 30 lat, a potem nauczał ludzi prostych i biednych, spotykał się z nieczystymi w oczach pobożnych Żydów celnikami i jawnogrzesznicami, ganił tych, którzy uważali się za prawych i lepszych od innych, czyli faryzeuszów i uczonych w Piśmie, a ostatecznie, zdradzony i odrzucony przez swoich, zginął okrutną śmiercią na krzyżu – skatowany, zelżony i poniżony. W ten sposób pokazał nam drogę, którą należy podążać, chcąc Go naśladować i tak jak On, dojść do zmartwychwstania i życia wiecznego u boku Boga Ojca: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Łk 9, 23). Głównym drogowskazem na owej drodze bez wątpienia jest pokora.

Podobnie rzecz ujmował w swoim nauczaniu bł. Jan Henryk Newman. Jeszcze jako anglikański kaznodzieja, w jednym ze swoich kazań, zatytułowanym „Broń świętych”, pisał, że każdy nasz krok w dół, ku uniżeniu, wynosi nas w górę, ku królestwo niebieskiemu. Prawdziwa droga ku górze to tak naprawdę schodzenie w dół, zgodnie ze słowami Chrystusa: kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mt 20, 26-28). Oto zasada postępowania chrześcijan – chcesz być kimś wielkim? Uniżaj się!

Meister_des_Hausbuches_003

Mistrz Księgi Domowej, „Chrystus myjący nogi apostołom” (1475)

Jak następnie zauważa Błogosławiony, istnieje pewne tajemnicze powiązanie pomiędzy prawdziwym postępem duchowym, a upokorzeniem się – jeśli człowiek dba o pogardzanych, karmi głodnych, opiekuje się chorymi, wspiera przygnębionych, znosi sprzeciw i urazę, zgadza się na niewdzięczność, odpłaca dobrem za zło, wtedy otrzymuje od Boga jakby władzę nad światem i wywyższenie ponad inne stworzenia. Oto Boże prawo, z którego wypływają wspaniałe dzieła. Narzędzia, którymi Bóg się posługuje są ubogie i pogardzane w oczach świata – takie, które wydają się być mało istotne lub skazane na porażkę i takie, które są słabo znane albo nieznane w świecie w ogóle. Nie ma bowiem większego uniżenia, niż to, którego dokonał Jezus Chrystus. Jak zatem konkluduje kardynał Newman, im bardziej ktoś się uniża, tym bardziej się upodabnia do Chrystusa. Im bardziej zaś jest ktoś do Niego podobny, tym większa w Chrystusie musi być jego siła.

Jheronimus_Bosch_or_follower_001

Hieronim Bosch, „Chrystus dźwigający krzyż”

W innym kazaniu Newman pisze, że pełne pokory zaparcie się samego siebie jest wręcz swego rodzaju sprawdzianem autentyczności wiary chrześcijańskiej. Jak zauważa, niektórym ludziom błędnie wydaje się, że chrześcijaństwo polega na okazjonalnych wysiłkach, na spełnieniu kilku przypadkowych dobrych uczynków, albo na pewnym okresowym podejmowaniu pokuty, modlitwy i pobożnej aktywności. Tymczasem Chrystus wyraźnie nakazał nam, byśmy brali swój krzyż „co dnia” – nie chodzi więc o jakieś wielkie dzieło czy okresowe tylko wyrzeczenia, ale o wierność w wypełnianiu małych, powszednich obowiązków, które niekoniecznie są dla nas przyjemne:

Jest więc właściwym, by wtedy niejako odkryć dla siebie codzienne samozaparcie, dlatego, że nasz Pan nakazuje wam wziąć swój krzyż każdego dnia i ponieważ to dowodzi waszej autentyczności, jak i dlatego, że czyniąc tak wzmacniacie waszą ogólną umiejętność panowania nad sobą (…). Powstańcie więc rankiem z takim nastawieniem, daj Boże, by dzień nie minął bez zapierania się siebie, z samozaparciem w niewinnych przyjemnościach i zamiłowaniach, (…). Niech samo wstawanie z łóżka będzie umartwieniem siebie, niech posiłki będą umartwieniem. Zdecydujcie, by ustępować innym w kwestiach obojętnych, rezygnować z rzeczy małych, nie dogadzać sobie (…).

Pokory nie brakowało Newmanowi także w jego życiu. Niewątpliwie świadczy o niej jego odważna decyzja przejścia z anglikanizmu na katolicyzm. Konsekwencje, jakich doświadczył, były dla niego bardzo upokarzające: utrata zaszczytnego stanowiska wykładowcy na prestiżowym uniwersytecie w Oksfordzie, oskarżenia o nieszczerość i podejrzliwość co do autentyczności jego decyzji, utrata wielu przyjaciół, a nawet rodzonej siostry, Harriett (1803-1852), która zerwała z nim jakikolwiek kontakt. Co więcej, także funkcja duchownego, którą pełnił w Kościele anglikańskim, stanęła dla niego pod znakiem zapytania – w „Apologia pro vita sua” pisze, że zastanawiając się nad swoim życiem, jeszcze przed oficjalną konwersją rozważał przejście do stanu świeckiego. Trzeba także zauważyć, że jako katolik nigdy już Newman nie odzyskał takiego poważania i sławy, jakie zdobył w anglikańskim okresie swego życia i nigdy nie wrócił do pracy na uniwersytecie, poza krótkim okresem, na zaproszenie irlandzkiego episkopatu, pełnienia funkcji rektora powstającego w Dublinie Katolickiego Uniwersytetu Irlandii, z której jednak szybko zrezygnował, rozczarowany marnymi efektami swojej pracy. Przez wiele lat za to zmagał się z atakami ze strony antykatolickich działaczy, takich jak pastor i pisarz anglikański Charles Kingsley (1819-1875), który oskarżył Newmana o zakłamanie, obłudę i podstępność. Potem przyszło mu także tłumaczyć się z wiary w ogłoszony na Soborze Watykańskim I w 1870 roku dogmat o nieomylności papieża. Według ówczesnego premiera Anglii, Williama Gladstone’a (1809-1898), wiara w ten dogmat była nie do przyjęcia dla prawdziwego Anglika, bo oznaczała konieczność równoczesnej wierności monarsze brytyjskiemu oraz papieżowi.

pobrane

Nagrobek bł. J.H. Newmana

Jako katolik, większość swego życia Newman spędził w domu Kongregacji Oratorium św. Filipa Neri w Birmingham, gdzie bez światowej sławy i rozgłosu posługiwał jako duszpasterz pośród prostych ludzi, tworzących społeczność robotniczą tego przemysłowego wówczas miasta. Z kolei przed śmiercią nasz Błogosławiony kazał się pochować w grobie swojego przyjaciela i współbrata-filipina, Ambrożego St. John (1815-1875) – jak utrzymuje w jednym z filmów dokumentalnych poświęconych Newmanowi („Newman – święty czy grzesznik?”, BBC 2010) Ann Widdecombe, angielska pisarka, polityk i konwertytka z anglikanizmu na katolicyzm – na cmentarzu, na którym była specjalna gleba, przyspieszająca rozkład ciała. Autorka filmu twierdzi, że być może uczynił to specjalnie – chcąc poniekąd naśladować w pokorze i uniżeniu swego duchowego ojca – św. Filipa Neri (1515-1595), który słynął z heroicznej pokory. Gdy w roku 2008 doszło do próby ekshumacji grobu Newmana, nie znaleziono w nim żadnych jego szczątków.

Dopiero kolejne dekady i wieki po śmierci Newmana pokazały – i wciąż pokazują – jak owocne i ważne dla Kościoła katolickiego i całego chrześcijaństwa, były nauki oraz decyzje i działania podejmowane przez bł. Jana Henryka Newmana. Dzięki jego wnikliwym badaniom nad historią Kościoła i przenikliwości w myśli teologicznej dzisiaj nazywa się „prekursorem Soboru Watykańskiego II” oraz „Ojcem Kościoła czasów nowożytnych”. Jego przykład nawrócenia na katolicyzm pociągnął i wciąż pociąga wielu kolejnych ludzi, którzy wracają na łono Kościoła rzymskokatolickiego. Postać Newmana inspiruje dziś środowisko akademickie na całym świecie, a jego utwory poetyckie natchnęły artystów do stworzenia poruszających utworów muzycznych – na przykład jego wiersz „Lead, Kindly Light” (Prowadź mnie, Światło) stał się popularną pieśnią religijną, a poemat „Sen Geroncjusza” w roku 1900 doczekał się oratorium autorstwa wybitnego kompozytora Edwarda Elgara (1857-1934). W roku 2010 papież Benedykt XVI oficjalnie włączył kardynała Newmana do grona błogosławionych Kościoła, a obecnie, po kolejnych cudach uzdrowienia za jego wstawiennictwem, trwają starania o ogłoszenie go świętym. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że to tylko dzięki postawie pokory i zgody na uniżenie, odrzucenie, krytykę, utratę tego, co wartościowe w oczach świata, Bóg mógł posłużyć się Newmanem, by dokonywać rzeczy wielkich i znaczących dla królestwa niebieskiego.

Marcin Kuczok

Tekst ukazał się drukiem w „Świętogórskiej Róży Duchownej” nr 2/2016 (231), s. 20-23

Bibliografia:

Newman J.H., Apologia pro vita sua, Fronda, Warszawa 2009.

Newman J.H., Parochial and Plain Sermons, Ignatius Press, San Francisco 1997.

Życiński W., 2009. „Newman”. W: Encyklopedia katolicka. Tom 13, Wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 2009, s. 972-973.

Opublikowano Rozważania | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Wyznawanie wiary bez spełniania uczynków

J.H. Newman „Kazania parafialne”, t. I

Kazanie 10. Wyznawanie wiary bez spełniania uczynków

 Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: «Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów».

(Łk 12, 1)

Obłuda to poważne słowo. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by mieć obłudnika za kogoś nienawistnego, podłego i rzadko spotykanego. Jak to zatem jest, że nasz Błogosławiony Pan, otoczony niezliczonym tłumem, rozpoczął przede wszystkim od ostrzeżenia swych uczniów przed obłudą, tak jakby byli oni w szczególnym niebezpieczeństwie stania się takimi, jak ci nikczemni oszuści – faryzeusze? Zatem, zostaje nam przedstawione pouczające zagadnienie do rozważenia, za które teraz się zabieram.

Uważam, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by mieć obłudnika za osobę skrajnie niegodziwą i spotykaną bardzo rzadko. Tego, że obłuda to wielka nikczemność nie ma potrzeby kwestionować, ale to, że nie jest to częsty grzech nie jest prawdą, co też pokaże nam mała analiza. Kim bowiem jest hipokryta? Jesteśmy skłonni rozumieć przez obłudnika kogoś, kto czyni wyznanie wiary dla nieczystego zysku, bez praktykowania tego, co wyznaje, który jest złośliwy, chciwy lub rozwiązły, podczas gdy przybiera zewnętrzną postawę świętości w słowach i zachowaniu, a który czyni tak rozmyślnie i bez skrupułów, oszukując innych, lecz nie samego siebie. Taki człowiek tak naprawdę zaprzecza temu, że w pewnych wiekach, a właściwie w każdym wieku, istnieli tego typu ludzie. Wydaje się jednak, że nie to rozumiał przez obłudnika nasz Zbawiciel, ani nie tacy byli faryzeusze.

JesusPharisees

Gustave Doré: Spór Jezusa z faryzeuszami

Faryzeusze, co prawda, mówili jedno, a robili drugie, ale nie byli świadomi swojej niekonsekwencji. Oszukiwali oni samych siebie tak samo jak innych. W rzeczywistości w ludzkiej naturze nie leży oszukiwanie innych przez długi czas bez oszukiwania w pewnym stopniu także i siebie. W większości przypadków potrafimy oszukać samych siebie tak samo, jak oszukujemy innych. Faryzeusze chlubili się tym, że byli dziećmi Abrahama, w ogóle nie rozumiejąc, nie wiedząc, co zawierało się w tym określeniu. Tak naprawdę nie zostali oni włączeni do błogosławieństwa danego Abrahamowi, a chcieli, by świat uwierzył, iż tak właśnie było. Ale oni sami także sądzili, że zostali do niego włączeni, albo przynajmniej, ogólnie biorąc, pomimo wątpliwości, zostali o tym przekonani. Oszukiwali siebie tak samo jak oszukiwali świat. Dlatego też nasz Pan przedstawia im doniosłą, szczerą prawdę, o której oni najzwyczajniej zapomnieli. „Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama” (J 8, 39).

O tej prawdzie, jak uważam, oni zapomnieli, ponieważ nie ma wątpliwości, że kiedyś ją znali. Był taki czas, kiedy bez wątpienia znali oni samych siebie w pewnej mierze i wiedzieli, co czynili. Kiedy zaczęli – każdy z nich w sobie właściwym czasie – oszukiwać ludzi, to w tamtej chwili nie oszukiwali samych siebie. Stopniowo jednak zapomnieli, bo nie troszczyli się o to, by zatrzymać to w swojej wiedzy – zapomnieli, że aby być błogosławionymi jak Abraham muszą być świętymi jak Abraham, że zewnętrzne obrzędy nie służą niczemu bez wewnętrznej czystości, że ich myśli i motywacje muszą być niebiańskie. O części swoich obowiązków całkowicie przestali oni pamiętać, o reszcie mogą istotnie ciągle wiedzieć, ale nie doceniają ich tak, jak powinni. Stali się nieświadomi własnej kondycji duchowej. Nie dotarło do nich, że w dużym stopniu ulegli wpływowi świata, a gorliwość w służbie Bogu stała się jedynie drugorzędną zasadą postępowania, i że umiłowali chwałę ludzką bardziej niż Bożą. Wciąż tylko mówili o religii, o niebie i piekle, o zbawionych i potępionych, aż ich mowy stały się jedynie słowami w ustach, bez przypisanego im prawdziwego znaczenia. Oni zaś bądź nie czytali Pisma Świętego w ogóle, albo czytali je bez gorliwości i uwagi co do jego prawdziwego sensu. Wskutek tego stali się skrupulatnie uważni jeśli chodzi o płacenie dziesięciny, nawet w najmniejszych kwestiach, z mięty, anyżu i kminku, podczas gdy omijali poważniejsze kwestie Prawa: sąd, miłosierdzie i wiarę. Na tej podstawie nasz Pan nazywa ich „przewodnikami ślepymi” – nie bezczelnymi, bezbożnymi oszustami, którzy wiedzieli, że są fałszywymi przewodnikami, ale ślepcami (Mt 23, 24; Łk 11, 39-52). Co więcej, byli oni ślepi w swym myśleniu, iż jeśli żyliby w czasach swoich ojców, nie zabiliby proroków, jak to uczynili ich ojcowie. Nie znali oni samych siebie. Nieświadomie oszukali samych siebie tak samo, jak innych ludzi. Niewiedza co do własnej niewiedzy była dla nich karą i dowodem ich grzechu. „Gdybyście byli niewidomi” – nasz Pan mówi im, że gdyby byli tylko niewidomi i świadomi, że tak jest, i zaniepokojeni tym faktem – „nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: «Widzimy»” – oni nawet nie wiedzieli o swojej ślepocie – „grzech wasz trwa nadal” (J 9, 41).[1]

Tym właśnie jest obłuda – nie tylko oszukiwaniem innych ze strony człowieka, wiedzącego przez cały czas, że ich w tym momencie oszukuje, ale oszukiwaniem siebie oraz innych równocześnie, pragnąc pochwał z ich strony za wyznawanie wiary, bez zauważania, że bardziej się kocha ich pochwały niż chwałę Bożą, a także, że deklaruje się dużo więcej niż się czyni. Jeśli zaś to właśnie jest prawdziwe, biblijne znaczenie tego słowa, wydaje się, że zyskujemy pewien wgląd w powody, które skłoniły naszego Boskiego Nauczyciela do ostrzeżenia Jego uczniów przed obłudą w tak dobitny sposób. Niezliczone tłumy ludzi tłoczyły się wokół Niego, a uczniowie Jego otaczali Go. Dwunastu z nich zostało wyznaczonych, by Mu służyć jako Jego specjalni przyjaciele. Innych siedemdziesięciu zostało wysłanych z cudownymi darami, a po powrocie, z triumfem opowiadali oni o swoich własnych, wspaniałych czynach. Wszystkich ich On nazwał solą ziemi, światłem świata i dziećmi Jego królestwa.[2] Oni to byli pośrednikami pomiędzy Nim a ogółem ludzi, niosąc Jego naukę chorym i uciemiężonym. Teraz zaś stali przy Nim, mając udział w Jego popularności, być może doznając chwały z powodu swego związku z Chrystusem i odczuwając zadowolenie z faktu, że niecierpliwy tłum był w nich wpatrzony. To właśnie wtedy, zamiast zwrócić się do tłumu, On przemówił najpierw do swoich uczniów, mówiąc: „Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów”,[3] tak jakby mówił: „Jaki jest główny grzech Moich wrogów i prześladowców? Nie to, że otwarcie zaprzeczają Bogu, ale to, że miłują wyznawanie wiary ze względu na chwałę ze strony ludzi, która za tym idzie. Lubią oni porównywać się z innymi ludźmi, szczycą się tym, że pośród potępionych stanowią mała trzódkę,[4] dla której zapewnione jest życie. Lubią stać i być podziwiani w czasie swoich religijnych obrzędów i mają się za zbawionych, nie dzięki swojej osobistej świętości, ale dzięki wierze ich ojca, Abrahama. Całe to złudzenie może też dotyczyć was, jeśli zapomnicie, że każdy z was w przyszłości zostanie osądzony według swoich czynów przed Bożym Tronem. Obecnie rzeczywiście macie udział w Mojej chwale i spotyka was uznanie z powodu Mojej nauki i świętości, ale «nie ma nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome,»[5] aż do dnia sądu.”

To ostrzeżenie przed obłudą staje się jeszcze bardziej potrzebne i poruszające, jeśli weźmie się pod uwagę wielkość przywilejów chrześcijan, kiedy ich porównamy z Żydami. Faryzeusze chlubili się tym, że są dziećmi Abrahama. My mamy nieskończenie większe błogosławieństwo, które daje nam braterstwo z Chrystusem. W okresie niemowlęctwa wszyscy zostaliśmy obdarowani najbardziej zaszczytnymi i chwalebnymi tytułami, takimi jak: dzieci Boga,[6] członkowie Chrystusa[7] i dziedzice królestwa niebieskiego.[8] Zostaliśmy zaszczyceni darem działania Ducha, który nas ogarnął i spoczął na nas, czyniąc nasze ciała świątyniami Boga.[9] Kiedy zaś osiągnęliśmy wiek używania rozumu, zostaliśmy dopuszczeni do tajemnicy niebiańskiej komunii z Ciałem i Krwią Chrystusa. Czy biorąc pod uwagę naszą przewrotną naturę, jest coś bardziej prawdopodobnego niż to, że zlekceważymy obowiązki, równocześnie pragnąc pozostawić sobie przywilej wyznawania wiary chrześcijańskiej? Nasz Pan ze smutkiem przepowiedział w swych przypowieściach to, co stanie się z Jego Kościołem, kiedy, na przykład, porównał go do sieci, która łowiła ryby z każdego gatunku, ale została sprawdzona dopiero na końcu, kiedy wyciągnięto z niej zróżnicowaną zawartość, dobrą i złą.[10] Aż do dnia nawiedzenia[11] Kościół widzialny zawsze będzie pełny takich obłudników jak opisałem, którzy żyją w jego cieniu, ciesząc się mianem chrześcijan i na próżno wyobrażając sobie, że będą mieli udział w szczęściu wiecznego zbawienia.

Być może jednak da się przyznać, że istnieją w chrześcijańskim świecie rzesze ludzi, wyznających wiarę bez spełniania właściwych jej uczynków, a równocześnie zaprzeczyć, że to wystarczy, by stać się obłudnikiem w biblijnym sensie tego słowa – tak jakby obłudnik, kierując się jakąś złą motywacją, twierdził, że jest kimś innym niż to ma miejsce w rzeczywistości. Można argumentować, że dla tego, co czynili faryzeusze, był jakiś koniec, którego nie ma dla niedbałych i bezdusznych chrześcijan. Zastanówmy się jednak przez chwilę nad tym, jaki był motyw, który skłonił faryzeuszy do obłudy? Bez wątpienia taki, że mogli zostać zauważeni przez innych ludzi i zyskać sobie ich pochwałę.[12] Oto wyjaśnienie co do ich sytuacji, podane przez naszego Pana. Któż więc powie, że poważanie i lęk przed osądem ze strony świata, jak też oczekiwania co do światowych korzyści nie wywierają najsilniejszego wpływu na większość ludzi w wyznawaniu wiary chrześcijańskiej? Do tak wielkiego stopnia jest to trudny problem, że uważa się działanie ze strony ludzi, którzy żyją w świecie za wielkie i szlachetne, jeśli wypełniają w sposób rzetelny to, co jak wierzą, jest ich obowiązkiem wobec Boga w sytuacji, gdy opinia społeczna akurat im nie sprzyja. Istotnie, od czasów apostolskich właściwie nie było okresu, w którym ludzie byliby bardziej skłonni wykonywać swoje czyny tak, aby być widzianymi przez ludzi niż w obecnej epoce, kiedy wydaje się pieniądze dla ludzkiej pochwały i w ten sposób kształtuje swoje czyny w oparciu o zasady świata zamiast woli Bożej. Winniśmy być bardzo podejrzliwi, każdy z nas, co do solidności naszej wiary i naszej cnoty. Zastanówmy się czy postępowalibyśmy równie surowo jak czynimy to obecnie gdyby oczy naszych znajomych i sąsiadów nie były na nas zwrócone. Nie chodzi o to, że wzgląd na opinię innych jest złą motywacją – w poddaniu się lękowi przed Bożym sądem jest on niewinny i dopuszczalny, a w wielu sytuacjach dopuszczenie go jest obowiązkiem, zaś możliwość takiego postąpienia to łaskawy dar dany przez Boga, by nas prowadzić właściwą drogą. Jednak, gdy wolimy zawodny ludzki osąd od nieomylnych Bożych nakazów, wówczas postępujemy źle, i to z dwóch powodów – zarówno dlatego, że go wolimy, jak też dlatego, że będąc omylnym, zwiedzie nas. To zaś, o co was pytam, bracia moi, to nie to czy macie jedynie wzgląd na opinię ludzką dotyczącą was samych – który powinniście mieć – ale czy przedkładacie go nad Boży osąd, czego z pewnością czynić nie powinniście, a co – jeśli tak czynicie – upodabnia was do faryzeuszów jeśli chodzi o bycie obłudnym, nawet jeśli może nie posuwacie się tak daleko, jak oni w swym fałszywym postępowaniu i oszukiwaniu siebie.

1. To, że nawet uczciwie postępujący chrześcijanie kierują się w dużym stopniu lękiem o opinię społeczną na swój temat, zamiast żyć wiarą w niewidzialnego Boga, znajduje dowód w moim umyśle w następującej okoliczności. Mianowicie, zgodnie z tym na ile ich pozycja w życiu czyni ich niezależnymi od sądu innych, na tyle ich wierność w systematyczność i stanowczość zostaje zarzucona. Istnieją dwa rodzaje ludzi, którzy nie podlegają osądowi społeczeństwa – ci, którzy są ponad nim oraz ci, którzy są pod nim – najbiedniejsza klasa ludzi, którzy nie martwią się o utrzymanie poprzez własny wysiłek i utracili poczucie wstydu oraz ci, których nazywa się, używając słów tego świata, wyższą sferą społeczną, przez którą niekoniecznie mam na myśli bogatych, ale tych spośród ludzi bogatych i szlachetnie urodzonych, którzy wychodzą poza nawias społeczeństwa, zrywają więzy, łączące ich z innymi, czy to postawionymi ponad nimi, czy pod nimi, i żyją dla siebie samych i dla innych spośród nich, a ich codzienne czyny pozostają niezauważone dla reszty świata. Zatem, skoro tak się dzieje, że te dwie grupy społeczne, wyjęte spod osądu opinii publicznej, jeśli tak to można nazwać, są, generalnie rzecz ujmując, najbardziej otwarte i odważne w utracjuszowskim postępowaniu, jak wiele można w takim razie wywnioskować na temat wpływu samego tylko umiłowania swojej reputacji na utrzymywanie się każdego z nas na właściwej drodze! Jest jasne, że, prawdę mówiąc, wielkie rzesze ludzi są chronione przed grzechem ciężkim poprzez etykiety społeczne. Przyjęte przepisy dotyczące własności oraz przyzwoitości i perspektywa utraty opinii stoją na warcie i alarmują na długo zanim chrześcijańskie zasady postępowania znajdą czas, by zadziałać. Jednak pośród ludzi z najbiedniejszej i najprostszej klasy jest na odwrót – tacy sztuczni strażnicy, strzegący przed przestępstwem nie są znani. Zauważcie, powiadam, że to pośród nich i tej drugiej klasy ludzi, o których mówiłem, wady i przestępstwa są najczęstsze. Czy w takim razie my jesteśmy lepsi od nich? Nie bardzo. Bez wątpienia ich pokusy są większe, co samo w sobie nie pozwala nam przechwalać się wobec nich, ale poza tym, czy raczej poprzez to, że widzimy ich bardziej skandaliczne grzechy, nie otrzymujemy ważnej lekcji i pilnego ostrzeżenia dla siebie, wezwania do uczciwego sprawdzania siebie? My bowiem mamy taka samą naturę i takie same namiętności, jak oni. Może i jesteśmy lepsi od nich, ale to, że nam się tak wydaje, nie jest jeszcze dowodem na to, że tak istotnie jest. Pytanie brzmi: czy pomimo pozornie większej cnoty nie upadlibyśmy tak, jak oni, jeśli ograniczenia społeczne zostałyby zniesione, to znaczy, czy nie jesteśmy zasadniczo obłudni, jak faryzeusze, uznając Bożą cześć, ale czcząc Go jedynie na tyle, na ile ludzie tego od nas wymagają?

Thorma_Alms

János Thorma, Kobieta dająca jałmużnę

2. Można przeprowadzić inny sprawdzian tego, na ile jesteśmy podobni do faryzeuszów. Nasz Pan ostrzega nas przed obłudą w trzech kwestiach – w dawaniu jałmużny, modlitwie i poście. „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. (…). Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. (…). Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą” (Mt 6, 2-16). Tutaj zapytajmy samych siebie, najpierw o naszą jałmużnę, czy nie jesteśmy jak obłudnicy. Nie ma wątpliwości co do tego, że część naszej działalności charytatywnej musi mieć charakter publiczny, bo samo wymienianie naszego imienia już zachęca innych, by podążali naszym wzorem. Pytam dalej o to, czy część naszej działalności dobroczynnej ma też miejsce na osobności? Czy tak wiele jest tej wypełnianej bez świadków, jak tej publicznej? Nie pytam czy dużo więcej jest czynione w ukryciu niż przed ludźmi, choć, o ile to możliwe, tak to winno wyglądać. Jeśli jednak na pierwszym miejscu nawet tylko myślimy o naszej publicznej dobroczynności, a dopiero na drugim miejscu znajduje się obowiązek dawania jałmużny na osobności, czyż nie jest jasne, że jesteśmy jak obłudni faryzeusze?

Duerer-Prayer

Albrecht Dürer: Modlące się ręce

Sposób, w jaki się modlimy dostarczy nam jeszcze mocniejszego testu. Zebraliśmy się tutaj, aby chwalić Pana. To dobrze. Czy naprawdę modlimy się tak dobrze, jak to się może zdawać? Czy nasze umysły aktywnie uczestniczą w próbie wypracowania w sobie trudnego przyzwyczajenia do modlitwy? Dalej, czy w modlitwie do naszego Ojca w swojej izdebce jesteśmy tak samo stali, jak w chwilach modlitwy publicznej?[13] Czy odczuwamy silne wyrzuty sumienia jeśli pominiemy poranne lub wieczorne modlitwy lub odmówimy je pospiesznie i bez szacunku? A jednak, czy nie doznajemy wielkiej przykrości i wstydu na myśl o jawnie nieprzyzwoitym zachowaniu w kościele? Jeśli, na przykład, ulegniemy pokusie głośnego śmiechu albo innego lekkomyślnego zachowania podczas nabożeństwa, czy nie czujemy się dotkliwie zawstydzeni i nie myślimy o tym, że się zhańbiliśmy, pomimo tego, że podczas modlitwy w swojej izdebce jesteśmy przyzwyczajeni, by już po chwili całkiem zapomnieć o każdej grzesznej niestaranności? Czyż w tym nie jesteśmy jak faryzeusze?

Weźmy teraz kwestię postów. Niestety! Większość z nas nie zastanawia się nad postem w ogóle. Nawet nie dopuszczamy go do naszej myśli, ani nie zastanawiamy się czy byłoby dla nas konieczne lub odpowiednie by pościć, albo w jakikolwiek sposób umartwiać swoje ciało. Tak więc, oto jeden ze sposobów lekceważenia słów Chrystusa. Co więcej, nawet nie zmieniamy naszego zewnętrznego wyglądu tak, by wydawało się, że pościmy, jak czynili to faryzeusze. Wydaje się, że w tym różnimy się od nich. Tak naprawdę jednak owa pozorna różnica stanowi osobliwe potwierdzenie naszego faktycznego podobieństwa do nich. Im surowość przyniosła uznanie, ale nam ona jej nie przyniesie. Nam przyniosłaby jedynie nieco pośmiewiska ze strony świata. Czasy się zmieniły. Za życia Chrystusa poszczenie na pokaz sprawiało, że ludzie wyglądali na świętych w oczach innych. Popatrzcie jednak na to, co my robimy. Podtrzymujemy ów zewnętrzny pokaz dawania jałmużny i publicznej modlitwy – tak się dzieje, że te praktyki świat aprobuje. Zarzuciliśmy poszczenie na pokaz – tak się dzieje, że świat dzisiaj z postu drwi. Czy mamy pewność, że gdyby post miał poważanie u ludzi, to my nie zaczęlibyśmy praktykować postów na wzór faryzeuszów? Szukamy więc pochwały ze strony ludzi. Czy jednak we wszystkim tym do jakiegokolwiek stopnia podążamy za Bożymi wskazówkami i obietnicami?

Widzimy zatem, jak bardzo trafne jest ostrzeżenie dane przez naszego Pana nam, Jego uczniom, by przede wszystkim wystrzegać się kwasu faryzeuszów, który jest obłudą – wyznawaniem wiary bez spełniania uczynków. Ostrzega On nas przed czymś takim jak przed kwasem, jak przed subtelnie skradającym się złem, które po cichu rozprzestrzeni się w całym człowieku, jeśli na to pozwolimy. On ostrzega nas, swoich uczniów, pełen miłości i delikatności wobec nas, abyśmy nie wystawiali się na pośmiewisko i pogardę u bezbożnych tłumów, które tłoczą się i spoglądają z ciekawością, albo z niechęcią, albo egoizmem na Jego czyny. Oni szukają Go nie po to, by adorować Go z powodu Jego cudów, ale, jeśli tylko się da, by móc otrzymać cokolwiek od Niego, albo spełnić swoje zachcianki, równocześnie mówiąc o szacunku dla Niego, podczas gdy w chwili próby Go opuszczają. Czynią oni z pobożności sposób na zysk albo modę. Zatem mówi On nie do nich, ale do nas, swojej małej trzódki, swojego Kościoła, któremu Jego Ojcu spodobało się dać królestwo.[14] Następnie, nakazuje nam On uważać, byśmy nie upadli tak, jak to przydarzyło się faryzeuszom przed nami i byśmy, jak oni, nie rozminęli się z nagrodą. Ostrzega nas On, że pozory religijności w swym oszustwie nie sięgają daleko w czasie, że wcześniej czy później „wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach”.[15] Nawet jeszcze na tym świecie odkrywa się te sprawy. Człowiek zostaje przywiedziony do takiego czy innego rodzaju pokusy, a nie mając w sobie korzenia,[16] odpada i wrogom Pana daje sposobność do bluźnierstwa. Mało tego, przydarza mu się to bez uświadomienia sobie tego faktu. Albowiem chociaż człowiek zaczyna oszukiwać innych zanim oszuka samego siebie, to jednak nie oszukuje ich tak długo, jak oszukuje samego siebie. Ich oczy w końcu otworzą się na niego, kiedy jego własne będą zamknięte na samego siebie. Świat go przejrzy, wykryje – i zatriumfuje, wykrywając – jego podłą motywację oraz bezbożne plany i sztuczki, podczas gdy on sam będzie ledwie zdawał sobie z nich sprawę, a jeszcze mniej miał pojęcie o tym, że inni wyraźnie je widzą. W ten sposób będzie on nadal hołdował najdoskonalszym zasadom i uczuciom, podczas gdy ludzie źli będą nim gardzić i obrażać jego prawdziwą pobożność.

Nie sądźcie, że mówię o jednym czy dwóch ludziach, gdy omawiam skandal, jaki wywołuje niekonsekwencja chrześcijanina wobec samego siebie. Czymże jest tak zwany świat chrześcijański w praktyce, jeśli nie świadkiem szatana zamiast Chrystusa? Jeśli dobrze rozumujemy, to nie ma wątpliwości co do tego, że nieposłuszeństwo ze strony chrześcijan świadczy na korzyść Chrystusa, który zawsze zwycięża, ilekroć jest poddawany osądowi. Czy jednak istnieje jakieś wcześniejsze uprzedzenie wobec religii, tak wielkie jak to, które jest wywoływane przez życie jej wyznawców? Pamiętajmy zawsze, że wszyscy ci, którzy nie naśladują Boga całym sercem umacniają ręce Jego wrogów, dają ludziom niegodziwym powód do wywyższania się, wprawiają w zakłopotanie tych, którzy poszukują prawdy i przynoszą hańbę Imieniu swego Zbawiciela. Jest dobrze znanym faktem, iż niewierzący z triumfem utrzymują, że wielka część narodu angielskiego jest po ich stronie, że nieposłuszeństwo wyznających chrześcijaństwo stanowi dowód na to, iż, cokolwiek by nie twierdzili, w swoim sercu są oni jednak także niewierzącymi. Sami być może słyszeliśmy takie rzeczy i to wypowiadane nie w gorączce sporu albo jako satyrę, ale ze spokojną powagą, z prawdziwym i pełnym przekonaniem, że jest to prawda. Oznacza to, że ludzie, którzy odrzucili Zbawiciela, pocieszają się myślą, że ich sąsiedzi, choć zbyt nieśmiali i zbyt opieszali, by uczynić to otwarcie, to jednak potajemnie, albo przynajmniej w szczerości serca, czynią tak samo. Będąc zaś świadkami owej niekonsekwencji, pogardzają oni nimi jako ludźmi słabymi, tchórzliwymi i zniewolonymi, nienawidząc religii jako źródła takiego upodlenia umysłu. „Ci ludzie, którzy w tym kraju nazywają siebie chrześcijanami” – mówi taki człowiek – „z kilkoma wyjątkami, nie są ludźmi wierzącymi. Zaś każdy człowiek mający rozum, który nie został zaślepiony swą bigoterią, musi widzieć, że ludzie, którzy ewidentnie poświęcają się światowym korzyściom albo światowym marnościom, czy też luksusowym uciechom, nawet jeśli ciągle zachowują nieco przyzwoitości, podczas gdy udają, że wierzą w nieskończenie wzniosłe nauki chrześcijaństwa, są aktorami w nędznej farsie, która jest poniżej pogardy.” Oto słowa otwartego wroga Chrystusa – tak jakby myślał, że ośmielił się wyznać swą niewiarę, a okazał pogardę wobec nikczemnej obłudy tych, którzy go otaczają. Wprawdzie jego argument nie przetrwa próby sądu Bożego na końcu czasów, bo nikt nie staje się niewierzącym inaczej jak tylko z własnej winy, ale, choć dla niego nie ma żadnej wymówki, będzie to potępienie tych, którzy są wokół niego. Jak tak właściwie będą się oni bronić przed Tronem Boga, gdy po ujawnieniu wszystkich ich ukrytych czynów, ten przeklinający religię człowiek przypisze do pewnego stopnia swoja niewiarę ich niekonsekwentnemu postępowaniu? Kiedy wypomni ten uczynek lub tamtą rozmowę, owo brutalne i światowe postępowanie, tamtą chciwą i niesprawiedliwą transakcję albo to życie polegające na dogadzaniu sobie jako, po części, powód jego własnego upadku? „Biada światu” – jak napisano – „z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 7). Biada oszukującym i oszukanym przez samych siebie! „Nadzieja nieprawych zaginie, na krótko im starczy nadziei, ich ufność jak nić pajęczyny. Kto się jej uchwyci, ten nie ustoi, upadnie szukając oparcia. (Hi 8, 13-15). Oby Bóg udzielił nam łaski, byśmy uniknęli tej niedoli, dopóki mamy czas! Badajmy swoje sumienia by sprawdzić, czy nie kroczymy drogą niegodziwości. Dążmy do tego, by uzyskać niezachwianą pewność, iż jesteśmy na wąskiej drodze, które prowadzi do życia. Módlmy się też, by Bóg nas oświecił i prowadził, i dawał nam chęć przypodobania się Jemu oraz siłę.

(tłum. Marcin Kuczok)


[1] Zob. Jk 1, 22.

[2] Zob. Mt 5, 13-16 (przyp. tłum.).

[3] Łk 12, 1 (przyp. tłum.).

[4] Zob. Łk 12, 32 (przyp. tłum.).

[5] Łk 12, 2 (przyp. tłum.).

[6] Zob. np. 1 J 3, 1 (przyp. tłum.).

[7] Zob. np. 1 Kor 12, 27 (przyp. tłum.).

[8] Zob. np. Jk 2, 5 (przyp. tłum.).

[9] Zob. np. 1 Kor 3, 16 lub 1 Kor 6, 19 (przyp. tłum.).

[10] Mt 13, 47-50 (przyp. tłum.).

[11] Zob. 1 P 2, 12. Biblia Tysiąclecia w przypisie do tego wersetu z 1 Listu św. Piotra odwołuje się do Iz 10, 3 i mówi, że chodzi o dzień, w którym Bóg będzie sądził, bądź też udzieli poganom łaski nawrócenia (przyp. tłum.).

[12] Mt 2, 5.

[13] Mt 6, 6.

[14] Łk 12, 32.

[15] Łk 12, 3 (przyp. tłum.).

[16] Zob. Mt 13, 1-9 (przyp. tłum.).

Opublikowano Kazania parafialne (Parochial and Plain Sermons) | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Religijny pożytek z uczuciowych uniesień

J.H. Newman, „Kazania parafialne”, Tom I

Kazanie 9. Religijny pożytek z uczuciowych uniesień

„Człowiek zaś, z którego wyszły złe duchy, prosił Go, żeby mógł zostać przy Nim. Lecz Jezus odprawił go słowami: «Wracaj do domu i opowiadaj wszystko, co Bóg uczynił z tobą».”

(Łk 8, 38-39)

300px-Brooklyn_Museum_-_Jesus_Heals_a_Mute_Possessed_Man_(Jésus_guérit_un_possédé_muet)_-_James_Tissot

Jezus uzdrawia opętanego

Dla człowieka, którego nasz Pan uwolnił od owego strasznego opętania było czymś naturalnym to, że chciał iść za Nim. Bez wątpienia umysł jego doznał porywu radości i wdzięczności. Bez względu na to, jaką świadomość swojej rzeczywistej niedoli mógł on posiadać kiedy nękał go diabeł, teraz, po odzyskaniu władzy nad swoim rozumem, mógł przynajmniej zrozumieć to, że tkwił w bardzo nędznej sytuacji i mógł poczuć całkowitą lekkość ducha i działania umysłu, które towarzyszą każdemu uwolnieniu od cierpienia i ograniczenia. W tych okolicznościach mógł wyobrażać sobie, że jest w nowym świecie. Znalazł wybawienie, a co więcej, także Wybawiciela, który stał przed nim. I czy to z powodu pragnienia, by zawsze znajdować się w Jego Boskiej obecności, służąc Mu, czy to z lęku przed powrotem szatana, i to, co gorsza, z siedmiokrotnie większą siłą,[1] jeśli ten człowiek utraciłby Chrystusa z pola widzenia, czy też z powodu mglistego wyobrażenia, iż wszystkie jego zadania i oczekiwania zostały teraz odmienione, a wszystko, za czym dążył wcześniej było poniżej jego godności, i że musi podjąć się jakichś wzniosłych zobowiązań z nowym zapałem, którego żar czuł w sobie – z takiego czy innego powodu, lub z połączenia wszystkich tych uczuć błagał on naszego Pana, by mógł z Nim pozostać. Innym ludziom Chrystus dawał rozkaz takiego pozostania z Nim. Na przykład, nakazał bogatemu młodzieńcowi, by chodził za Nim.[2] Daje On nam jednak nakazy przeciwstawne do naszego usposobienia i upodobań. Psuje nam szyki tak, by mógł wypróbować nasza wiarę. W przypadku, który mamy przed sobą, nie pozwolił On na to, co w innych sytuacjach nakazywał. „Wracaj do domu”, powiedział, albo jak to jest w Ewangelii św. Marka, „Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą” (Mk 5, 19). Skierował On strumień świeżo rozbudzonych uczuć w inny kanał, tak jakby mówił: „Kochasz mnie? Czyń tak: powróć do domu, do swoich starych zajęć i dążeń. Wykonywałeś je przedtem źle, żyłeś dla świata. Wykonuj je teraz dobrze, żyj dla Mnie. Wykonuj swoje obowiązki, małe jak i duże, z serca, przez wzgląd na Mnie. Idź do swoich przyjaciół, pokaż im co Bóg dla ciebie uczynił. Bądź przykładem dla nich i ucz ich” (Kol 3, 17). I dalej, tak jak powiedział przy innej okazji: „Pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich” (Mt 8, 4) – pokaż to większe światło i bardziej szczerą miłość, które teraz posiadasz w sumiennym, stałym posłuszeństwie wobec wszystkich zarządzeń i rytuałów twej religii.

Wreszcie, z tej historii opętanego, który został uwolniony, jego prośby i jej odrzucenia przez naszego Pana, można wyciągnąć lekcję dla tych, którzy zlekceważywszy religię we wczesnej młodości w końcu zaczynają mieć poważne myśli, próbują okazywać skruchę i pragną służyć Bogu lepiej niż dotychczas, choć nie wiedzą jak się za to zabrać. Wiemy, że przykazania Boże są miłe i „radują serce”[3] jeśli zaakceptujemy je w takim porządku i w taki sposób, w jaki On nam je nadaje, że jarzmo Chrystusa, jak nam obiecał, jest, ogólnie rzecz biorąc, bardzo słodkie, [4] jeśli poddamy się mu zawczasu. Praktykowanie religii jest pełne pociechy dla tych, którzy, będąc najpierw ochrzczeni Duchem łaski, przyjmują z wdzięcznością Jego natchnienia gdy tylko otworzą swe umysły, o tyle, o ile stopniowo i niemalże bez wysiłku umysłowego z ich strony zostają one wpojone w ich serce, duszę i siłę woli, wraz z owym prawdziwym niebiańskim życiem, które będzie trwało wiecznie.

Tutaj jednak pojawia się pytanie: „Ale co mają zrobić ci ludzie, którzy zaniedbali pamięć o swoim Stwórcy w dniach swej młodości i tym sposobem utracili prawo do obietnicy Chrystusa, że Jego jarzmo będzie słodkie, a Jego przykazania nie będą ciężkie?” Odpowiadam, że oczywiście nie wolno im dziwić się jeśli posłuszeństwo będzie dla nich męczącym wchodzeniem pod górę każdego dnia. Mało tego, będąc „raz oświeceni, stali się uczestnikami Ducha Świętego” na chrzcie, zatem nie mają żadnego prawa, by narzekać, nawet jeśli „byłoby dla nich niemożliwe, by odnowić się ku nawróceniu.”[5] Bóg jednak jest dużo bardziej miłosierny niż ta sprawiedliwa surowość, miłosierny w sposób przewyższający nie tylko nasze zasługi, ale nawet Jego własne obietnice. Nawet dla tych, którzy zaniedbali Go w czasie swojej młodości znalazł On pewne lekarstwo – jeśli zechcą z niego skorzystać – na trudności na drodze posłuszeństwa, które na siebie ściągnęli poprzez grzechy. Czym zaś to lekarstwo jest i jak należy je stosować, opiszę w odniesieniu do historii z naszego tekstu biblijnego.

Pomocą, o której mówię jest uczuciowe uniesienie, które z początku towarzyszy skrusze. Jest prawdą, że wszystkie namiętne uczucia, czy też subtelna wrażliwość, jaką człowiek kiedykolwiek przejawiał, nigdy same z siebie nie sprawią, że się zmienimy i będziemy wypełniać swoje obowiązki. Roznamiętnione myśli, wzniosłe dążenia i wspaniałe wyobrażenia nie mają w sobie mocy. Nie są w stanie sprawić, by człowiek nabrał stałości w posłuszeństwie, tak jak nie potrafią przenosić gór. Jeśli jakikolwiek człowiek szczerze okazuje skruchę, musi to się dziać nie w ich wyniku, ale w konsekwencji trwałego przekonania o swojej winie i dobrowolnego postanowienia, by porzucić grzech i służyć Bogu. Sumienie i rozum poddany sumieniu – oto, dzięki łasce, owe skuteczne narzędzia przemiany człowieka. Zauważycie jednak, że chociaż sumienie i rozum prowadzą nas do podjęcia postanowienia i próby rozpoczęcia nowego życia, nie mogą one od razu sprawić, byśmy to życie pokochali. To długa praktyka i przyzwyczajenie sprawiają, że kochamy religię. Na początku zaś posłuszeństwo jest bez wątpienia bardzo trudne dla notorycznych grzeszników. Tutaj zatem jest miejsce na wykorzystanie owych szczerych, żarliwych uczuć, o których mówiłem, a które służą pierwszemu doświadczeniu sumienia i rozumu, usuwając na początku posłuszeństwa jego uciążliwość, dając impuls, który może nas przeprowadzić przez pierwsze trudności i wysłać nas w drogę z radością. Nie, żeby całe to uniesienie umysłu miało trwać dalej – nie jest możliwe, by tak było – ale wypełni ono swoje zadanie, wyprawiając nas w drogę w ten sposób. Następnie zaś pozostawi nas dla spokojniejszej i wyższej pociechy, wypływającej z owej prawdziwej miłości wobec religii, którą wówczas posłuszeństwo rozpocznie w nas formować i będzie stopniowo wydoskonalać.

Wreszcie, dobrze jest zrozumieć tę sprawę w pełni, bo często jest rozumiana opacznie. Kiedy w końcu grzesznicy zostają przywiedzeni do tego, by poważnie się zastanawiać, silne uczucia zasadniczo poprzedzają i towarzyszą ich refleksji nad samym sobą. Jakaś książka, którą przeczytali, jakaś rozmowa z przyjacielem, pewne uwagi, które usłyszeli w kościele, albo pewne zdarzenie lub nieszczęście ich pobudza. Bądź też, z drugiej strony, jeśli w jakiś spokojniejszy i bardziej rozmyślny sposób rozpoczęli pracę nad sobą, to jednak w krótkim czasie sama perspektywa ich licznych grzechów, ich własnej winy i ich własnej odrażającej niewdzięczności wobec ich Boga i Zbawiciela, uderzając w nich i będąc dla nich czymś nowym, poraża i zaskakuje, a następnie wywołuje emocje. Tutaj zatem mogą oni poznać intencję całego tego uniesienia umysłu w porządku Bożej Opatrzności. Nie będzie ono trwało dalej. Powstaje ono wskutek nowości perspektywy, która zostaje im przedstawiona. Kiedy przyzwyczają się do religijnej kontemplacji, ono zniknie. Nie jest ono samo z siebie religią, choć zostaje z nią przypadkowo połączone i może stać się środkiem przywiedzenia ich do uczciwego, religijnego trybu życia. Jest ono łaskawie pomyślane w ich przypadku jako wynagrodzenie za odpychający charakter i ból, związany z wykonywaniem swoich obowiązków. Winno ono być wykorzystane w taki sposób, inaczej nie będzie z niego w ogóle pożytku, albo stanie się czymś gorzej niż bezużytecznym. Bracia moi, pamiętajcie, – a mogę to powiedzieć w ogólności, nie ograniczając się do emocjonalnego uniesienia, które towarzyszy skrusze, ale o wszystkich naturalnych emocjach, które pomagają nam czynić dobro, a które mimowolnie odczuwamy w różnych sytuacjach – iż są dane wam po to, by było wam łatwo być posłusznym na początku. Dlatego bezzwłocznie okażcie posłuszeństwo. Wykorzystajcie to uczucie dopóki trwa. Ono na nikogo nie będzie czekać. Odczuwacie naturalne współczucie w jakiejś sytuacji, w której rozsądek domaga się od was postawy miłosierdzia? Albo impuls do wielkoduszności w sytuacji, w której jesteście wezwani do dzielnego zaparcia się siebie? Jakiekolwiek to uczucie by było, takie czy inne, nie wyobrażajcie sobie, że zawsze będziecie je odczuwać. Czy z niego skorzystacie, czy nie, i tak będziecie odczuwać je coraz mniej, a z upływem życia, w końcu nie będziecie w ogóle odczuwać takiego nagłego i silnego uniesienia emocjonalnego. Jest jednak jest różnica pomiędzy skorzystaniem z takiej okazji a pozwoleniem jej się wymknąć: jeśli z niej skorzystacie i poddacie się impulsowi na tyle, na ile sumienie wam to nakazuje, dokonacie skoku nad przepaścią, że tak powiem, z którym wasze naturalne siły nie są w stanie się mierzyć. Zapewnicie sobie początek posłuszeństwa, a dalsze kroki na tej drodze są, ogólnie mówiąc, dużo łatwiejsze niż te, które na początku wytyczają jej kierunek. Tak więc, wracając do przypadku tych, którzy odczuwają jak przygodny żal z powodu ich grzechów gwałtownie odciska się w ich sercach, mówię im: nie zwlekajcie. Wróćcie do domu, do swoich przyjaciół i okażcie skruchę poprzez uczynki sprawiedliwości i miłości. Spieszcie się by oddać się konkretnym dziełom posłuszeństwa. Czyny są bardziej odległe od zamiarów wypełniania ich niż to sobie wyobrażacie w pierwszym momencie. Zwiążcie się z nimi dopóki możecie. Zatrzymacie sobie dobre uczucia głęboko w swym sercu, jeśli pozwolicie im wpływać na wasze postępowanie, a one „wydadzą owoc”.[6] Takie właśnie było postępowanie skruszonych Koryntian, jak opisuje to św. Paweł, który raduje się „nie dlatego, żeście się zasmucili (nie dlatego tylko, że ich uczucia zostały poruszone), ale żeście się zasmucili ku nawróceniu. Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć” (2 Kor 7, 9-10).

Teraz jednak zadajmy sobie pytanie o to, jak tak naprawdę ludzie zazwyczaj postępują gdy doświadczają wyrzutów sumienia z powodu grzechów swojej przeszłości? Dalecy są oni od takiego działania. Postrzegają żarliwą gorliwość i gorączkową pobożność, które towarzyszą ich skrusze, nie jako po części zepsuty owoc ich własnego zepsutego stanu umysłu, a po części jako łaskawy dar naturalny, choć tymczasowy, dany dla zachęty do zajęcia się przemianą siebie, ale jako istotę i prawdziwą doskonałość religii. Sądzą oni, iż bycie tak poruszonym oznacza bycie pobożnym. Oddają się owym przyjemnym uczuciom dla nich samych, trwając w nich, tak jakby byli zaangażowani w praktyki religijne i chlubiąc się nimi, jak gdyby były dowodem ich własnego wywyższenia duchowego, ale nie wykorzystując ich – a to jedyna rzecz jaką powinni robić – jako bodźca do uczynków miłości, miłosierdzia, prawdy, łagodności, świętości. Po pewnym czasie oddawania się temu luksusowi uczucia, uniesienie oczywiście znika i nie czują się oni tak samo jak wcześniej. To, jak powiedziałem, można było przewidzieć, ale oni nie rozumieją tego w ten sposób. Spójrzcie zatem na ich fatalną sytuację. Utracili oni możliwość przezwyciężania pierwszych trudności w czynnym posłuszeństwie, a w ten sposób uporządkowania swego postępowania i charakteru, która może więcej im się nie przydarzyć. Oto jedno wielkie nieszczęście. Co więcej jednak, w jakim zakłopotaniu się znaleźli! Przyjemność uczucia stopniowo ich opuszcza. Teraz myślą, że na tym polega prawdziwa pobożność, stąd sądzą, że tracą swoją wiarę i ponownie popadają w grzech.

To zaś, niestety, ma miejsce zbyt często. Odpadają oni, bo nie mają w sobie korzenia. Zlekceważywszy przemianę swoich uczuć w zasady postępowania poprzez działanie według nich, nie posiadają oni wewnętrznej siły do przezwyciężenia pokusy, która nieustannie ich nachodzi, by żyć według świata. Ich umysły doświadczają takiego działania, jakie wiatr wywiera na wodę, wzbudzając od czasu do czasu fale, a potem ustając i pozwalając, by woda wróciła do swego wcześniejszego, nieruchomego stanu. Cenna okazja do poprawy zostaje utracona, a „koniec ich jest gorszy od początków” (2 P 2, 20).

Przyjmijmy jednak, że kiedy po raz pierwszy zauważą oni ten upadek, za jaki mają ów stan, zaniepokoją się i zaczną się rozglądać za środkiem powrotu. Co robią? Czy od razu zaczynają owe praktyki pokornego posłuszeństwa – takie jak panowanie nad swoimi nastrojami, uporządkowanie czasu, pełna samozaparcia miłość, prawdomówna trzeźwość – które jako jedyne mogą udowodnić w ostatnim dniu, że należą oni do Chrystusa? Dalecy są od tego – gardzą oni takim prostym posłuszeństwem Bogu jako zwykłą nieoświeconą moralnością, jak ją nazywają, i poszukują silnych bodźców, aby utrzymać swoje umysły w owym stanie podekscytowania, który nauczyli się brać za istotę życia religijnego, a którego nie są w stanie wywołać za pomocą środków, które rozpalały ich wcześniej. Muszą oni uciekać się do nowych nauk, podążać za obcymi nauczycielami po to, by mogli w ten sposób móc nadal śnić w sztucznej pobożności i móc uniknąć owego przekonania, które prawdopodobnie wcześniej lub później ich ogarnie, że emocje i namiętność to coś, co jesteśmy w stanie tłumić, ale nie wzbudzać, że istnieje granica dla wzburzenia i nabrzmienia serca, podsycanych tak, jak nam się podoba, a gdy nadejdzie pora, wtedy biedna, wykorzystana dusza zostaje porzucona, wyczerpana i ogołocona. Przypadki owego straszliwego stanu skrajnej zatwardziałości serca, która wówczas nadchodzi, nie są rzadkie w świecie, gdy nieszczęsny grzesznik uwierzy tak, jak mogą wierzyć diabły, a jednak nawet nie z takim drżeniem jak one, ale grzeszy nadal bez lęku.

Są też inni, którzy, gdy ich uczucia opadną w swej sile i żarliwości, wpadają w przygnębienie, a tym samym wchodzą w lęk i skrępowanie, podczas gdy mogliby cieszyć się pogodnym posłuszeństwem. Ci są z rodzaju tych lepszych, którzy, mając coś ze szczerej zasady religijnej w swoim sercu, nadal są po części zwodzeni – na tyle, by opierać się na uczuciach jako sprawdzianie świętości. Stąd też są oni strapieni i zaniepokojeni swoim spokojem, który biorą za zły znak, a trwając w przygnębieniu, marnują czas, podczas gdy inni wyprzedzają ich w wyścigu.

Innych znowu można wymienić, tych, którzy są zwodzeni przez tę samą pierwszą gorliwość i zapał ku innemu błędowi. Uzdrowiony człowiek z naszego tekstu Pisma Świętego pragnął być z Chrystusem. Teraz jest to jasne, że o wszystkich tych, którzy pozwalają sobie na fałszywą pobożność, jaką opisałem, można powiedzieć, że pragną tak właśnie trwać w bezpośrednim zasięgu wzroku Chrystusa, zamiast powrócić do swego domu, jak On by tego chciał wobec nich, to znaczy, do zwyczajnych zadań życiowych. Czynią zaś tak niektórzy z nich z powodu słabości wiary, tak jakby On nie mógł im błogosławić i podtrzymywać na drodze łaski pomimo tego, że realizują swoje doczesne powołanie, a inni z powodu źle ukierunkowanej miłości wobec Niego. Jednak są tacy, powiadam, którzy, gdy rozbudzi się w nich poczucie religijności, od razu całkowicie gardzą swoim dotychczasowym stanem jako czymś poniżającym i sądzą, że teraz są powołani do pewnych wyższych i wyjątkowych urzędów w Kościele. Źle rozumieją oni swój obowiązek, gdy ci już wcześniej opisani lekceważą go. Nie marnują oni swego czasu jedynie na dobre myśli i słowa tak jak inni, ale z zapałem biorą się za niewłaściwe działania, i to pod wpływem tych samych silnych emocji, z których nie nauczyli się korzystać właściwie i bezpośrednio aż do samego końca. Jednak dokładniejsze omawianie sytuacji takich ludzi teraz wykraczałoby poza mój temat.

Na zakończenie – pozwólcie, że powtórzę z zachętą, bracia moi, lekcję, którą wyprowadziłem z opowiadania, którego część stanowi nasz fragment Pisma Świętego. Wasz Zbawiciel wzywa was byście Jemu służyli od niemowlęctwa i tak dobrze ustalił wszystko, że służba Jemu winna być doskonałą wolnością. Błogosławieni ponad wszystkich ludzi są ci, którzy usłyszeli Jego wezwanie wówczas i służyli Mu dzień po dniu, a ich siła do posłuszeństwa zwiększała się. I dalej, czy jesteście świadomi tego, że mniej lub bardziej zlekceważyliście tę łaskawą sposobność i pozwoliliście, aby was męczył szatan? Spójrzcie, On wzywa was po raz drugi, On wzywa was poprzez rozbudzone uczucia po raz kolejny, zanim w końcu was opuści. On przywraca wam na pewien czas i do pewnego stopnia drugą młodość poprzez naglące naciski ze strony uniesień bojaźni, wdzięczności, miłości i nadziei. On ponownie daje wam ów wcześniejszy stan nieuformowanej natury, gdy nie mieliście jeszcze przyzwyczajeń i charakteru. Wyjmuje was z was samych, na jakiś czas pozbawiając grzech jego wewnętrznego uścisku w waszym wnętrzu. Nie pozwólmy, by takie nawiedzenia przeszły podobnie „do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika” (Oz 6, 4). Bez wątpienia, stale musicie mieć okazjonalne wyrzuty sumienia z powodu lekceważenia Go. Stoicie w obliczu swego grzechu, a wasza niewdzięczność wobec Boga dotyka was. Postępujcie w poznawaniu Pana, by zabezpieczyć sobie Jego łaskę poprzez kierowanie się owymi impulsami. Za ich pomocą On przyczynia się za wami, tak jak poprzez wasze sumienie. Są one narzędziami Jego Ducha, pobudzającymi was do szukania prawdziwego pokoju. Nie bądźcie też zaskoczeni, że choć im się poddajecie, one zanikają. Wykonały one swoje zadanie, a jeśli przemijają, to tak jakby kwiat przemieniał się w owoc, który jest czymś dużo lepszym. One muszą zanikać. Być może będziecie musieli działać następnie w ciemności, daleko od zasięgu wzroku Zbawiciela, przebywając ze swymi własnymi myślami, otoczeni widokami tego świata, ukazując Jego chwałę wśród tych, których serca są zimne. Cały czas bądźcie pewni, że stanowcze i konsekwentne posłuszeństwo, choć pozbawione wielkich zachwytów i ciepłych uczuć, jest Mu daleko bardziej miłe aniżeli wszystkie te namiętne tęsknoty, by żyć w zasięgu Jego spojrzenia, które wydają się być religią dla ludzi niedoinformowanych. W najlepszym wypadku są one jedynie przyjemnymi początkami posłuszeństwa, czymś dobrym i właściwym dla dzieci, ale dla dorosłych, uduchowionych ludzi, czymś niestosownym, podobnie jak zabawy wieku chłopięcego w latach dojrzałych. Uczcie się żyć według wiary, która opiera się na spokojnej, rozważnej i racjonalnej zasadzie postępowania, wiary pełnej pokoju i pocieszenia, która widzi Chrystusa i w Nim się raduje, choć odsunięta jest od Jego obecności, by pracować w świecie. Otrzymacie swoją nagrodę. „Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać.”[7]

 (tłum. Marcin Kuczok)

Tekst ukazał się drukiem w „Oratoriana” nr 83 (2016), s. 50-59


[1]    Zob. Łk 11, 26 (przyp. tłum.).

[2]    Zob. Mk 10, 17-22 (przyp. tłum.).

[3]    Zob. Ps 19, 9 (przyp. tłum.).

[4]    Zob. Mt 11, 30 (przyp. tłum.).

[5]    Zob. Hbr 6, 4-6 (przyp. tłum.).

[6]    Zob. Ps 92, 15 (przyp. tłum.).

[7]    J 16, 22 (przyp. tłum.).

Opublikowano Kazania parafialne (Parochial and Plain Sermons) | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Miłosierdzie Boże w nauczaniu bł. J.H. Newmana

Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: «Macie tu coś do jedzenia?» (Łk 24, 41)

Faustyna

św. s. Faustyna Kowalska, Apostołka Bożego Miłosierdzia

W dniu 8 grudnia 2015 Kościół powszechny rozpoczyna świętowanie Roku Miłosierdzia – czasu, w którym w szczególny sposób chcemy sławić ów największy przymiot Boży, jak o miłosierdziu mówiła św. s. Faustyna Kowalska (Dzienniczek, nr 180). Kościół chce jednak w ten sposób nie tylko uwielbić Boże Miłosierdzie, ale także być jego świadkiem, krocząc drogą, która rozpoczyna się od nawrócenia duchowego. Włączając się w obchody tego Roku Świętego Miłosierdzia chcemy przyjrzeć się temu, czego na temat Bożego Miłosierdzia nauczał bł. Jan Henryk kardynał Newman. W zasadzie, trzeba zaznaczyć, że temat Bożego Miłosierdzia nie stanowi głównego wątku żadnego z jego licznych kazań, wierszy czy rozmyślań. Pomimo to, pojawia się, wpleciony w różne teksty Błogosławionego jako ważne zagadnienie w życiu chrześcijańskim.

Szczególnym wyrazem Bożego Miłosierdzia według Newmana jest cierpliwość Jezusa wobec człowieka – słabego, niedowierzającego i grzesznego. Jak zauważa Newman, uczniowie Jezusa przecież przestali wierzyć w Niego kiedy zobaczyli, że umiera i uciekli – pomimo wszystkich nauk i cudów, jakich Jezus wobec nich dokonał. Zapomnieli także o Jego obietnicy, że po trzech dniach powstanie z grobu i nie uwierzyli Marii Magdalenie oraz innym kobietom mówiącym, że Go widziały. A mimo to Pan ukazał się im po swoim zmartwychwstaniu, pokazał swoje rany, pozwolił się dotknąć i jadł wobec nich. Błogosławiony kardynał pyta retorycznie: O Jezu, czy istnieje upór zbyt wielki dla Twojej miłości? Czy jakakolwiek obfitość upadków i odstępstw może pokonać wierność i wytrwałość Twojego miłosierdzia? Chrystus bowiem jest tym, który – do czego nas wzywa w Ewangelii (Mt 18, 22) – sam przebacza nie tylko do siedmiu razy, ale do siedemdziesięciu siedmiu! Lituje się nad ludźmi, bierze pod uwagę naszą niewiedzę i daje nam swoje łagodne upomnienia łaski, dzień za dniem, rok za rokiem, aż do naszej śmierci. Wody wielkie nie mogą ugasić miłości takiej jak Twoja – powtarza Newman za autorem starotestamentalnej Pieśni nad Pieśniami (zob. Pnp 8, 7).

Tej miłosiernej Bożej cierpliwości kardynał Newman doświadczał także w swoim własnym życiu. Jak pisze, choć ludzie twierdzą, iż sądy Boga są surowe, a Jego kary nadmierne, niczego z tych rzeczy nie stwierdził on na swoim przykładzie. Wręcz odwrotnie – bł. Jan Henryk Newman pisze, że jedynym doświadczeniem Boga, jakie ma, jest Jego cierpliwość i miłosierdzie. Wszechmogący jest dla niego Tym, który zapomina o jego buntach z przeszłości, ciągle na nowo udziela mu pomocy, pomaga, pociesza, otacza go błogosławieństwami, podtrzymuje i prowadzi. Za akt Bożego Miłosierdzia poczytuje on sobie to, iż już w okresie młodzieńczym Pan napełnił jego serce szczególną pobożnością. Nie było w tym żadnej zasługi Newmana, lecz jedynie niczym nieskrępowana hojność Miłosiernego Serca Jezusowego. Co więcej, Pan w swym miłosierdziu nie obraża się wobec zniewag wyrządzanych Jemu przez Newmana i nie przestaje udzielać swej dobroczynnej łaski, choć ta zostaje zmarnowana. Nasz błogosławiony kardynał, pomimo świadomości swego grzechu, czuje się traktowany przez Boga jak najlepszy, najbardziej stały i lojalny przyjaciel, który niczego nie musi wyjaśniać, niczego żałować i naprawiać. Jak pisze: Wyznaję, prawdziwy mój Zbawicielu, że każdy dzień jest nowym dowodem Twej nieznużonej, niemożliwej do pokonania miłości! Odpowiedzią Newmana na to doświadczenie – podobnie jak św. s. Faustyny na otrzymane od samego Jezusa objawienie – jest zawołanie: Ufam Tobie – że nigdy mnie nie opuścisz i że ustrzeżesz od zdrady i przeniewierstwa.

serceDla naszego Błogosławionego źródłem, z którego wypływa Boże Miłosierdzie jest Serce Jezusa. To Ono stanowi ostoję i źródło wszystkich najczulszych uczuć ludzkich Jezusa wobec grzeszników. Newman nazywa Je organem miłości Pana oraz kanałem, przez który przepłynęła do nas cała wezbrana czułość ludzka i całe Boskie miłosierdzie dla nas. To przez Serce Jezusa spływa na nas jakby w strumieniu cała niepojęta dobroć Boga. Następnie, Jan Henryk Newman zwraca uwagę na to, że Miłosierne Najświętsze Serce Jezusa ukryte jest i ciągle bije dla nas w Eucharystii. Sakramenty są bowiem dla kardynała Newmana zdrojami miłosierdzia, do których chce on zawsze przychodzić z żarliwą i żywą pobożnością. Pan nasz ciągle gorąco pragnie spożywać paschę razem z nami, tak samo jak pragnął ją spożyć ze swoimi uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy (Łk 22, 15). On pozwala nam spożywać samego siebie i pić swoją Krew, zgadzając się przebywać przez pewien czas we wnętrzu człowieka. W odpowiedzi na owo pragnienie wypływające z Serca Jezusa Newman prosi Boga: Spraw, by zgodnie z Twoim Sercem biło moje serce. Modli się dalej, by Pan oczyścił jego słabe serce od wszystkiego, co ziemskie, pyszne, twarde, przewrotne i bezładne, a napełnił je Nim samym, tak, aby nic nie mogło zakłócić pokoju, jaki dają tylko miłość i bojaźń Boża.

Drugim szczególnym momentem doświadczenia Bożego Miłosierdzia jest według duchBłogosławionego doświadczenie Pięćdziesiątnicy. W ten właśnie dzień – wspominany i przeżywany przez nas na nowo każdego roku w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego – Wszechmogący Bóg z obfitością napełnia nas swoimi darami, „opróżniając” niejako cały zapas swego miłosierdzia. Dary Ducha były nam obiecane od dawna, ale dopiero w ten dzień wszystkie one zostały na nas wylane. To według Newmana dzień spełnienia, osiągnięcia celu, zwieńczenia dzieła – bliski temu, czego będziemy doświadczać w niebie. Wszystkie nasze cierpienia, grzechy, trudy znikają w tym momencie – nie ma już grzechu, nie ma też lęku. Jak podkreśla błogosławiony kardynał, z wylania Ducha Świętego początek bierze wszystko to, co dla nas dobre: sakramenty chrztu, bierzmowania, pokuty, Eucharystii, a także wiara, nadzieja i czystość. Jak pisze nasz kardynał, doświadczenie daru Ducha Świętego to jak przemiana śmierci w życie – jeśli jesteśmy oziębli, słabi, zranieni, jeśli walczymy z przeciwnikiem, jeśli trudzimy się wspinając się ku niebu – Duch Święty przychodzi nam z pomocą jak słodkie, ożywcze tchnienie.

Jak wynika z naszych rozważań nad nauczaniem bł. Jana Henryka Newmana, doświadczenie Bożego Miłosierdzia i świadomość jego wagi w życiu chrześcijańskim są bardzo bliskie myśli i życiu tego wielkiego angielskiego świadka wiary. Z wielką czcią i uwielbieniem wypowiada się w swoich rozmyślaniach o miłosiernej cierpliwości Jezusa wobec grzesznego człowieka i o Jego czułym Sercu, z którego wypływają dla nas zdroje Bożego Miłosierdzia. Podkreśla również dobitnie ową wielką prawdę, iż dzięki pełnemu miłosierdzia wylaniu łask Ducha Świętego nasze życie nabiera nowego, przemienionego wymiaru już tu, na ziemi.

Marcin Kuczok

Rozważanie ukazało się drukiem w „Świętogórskiej Róży Duchownej” nr 1/2016 (230), s. 20-22

Bibliografia:

Fathers of the Birmingham Oratory (red.), Sermon Notes of John Henry Cardinal Newman 1849-1878, Longmans, Green and Co., Londyn 1913.

Kowalska, F., Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1993.

Newman J.H., Rozmyślania i modlitwy, tłum. Z. Kubiak, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1973.

Opublikowano Rozważania | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Z cieni i obrazów do prawdy – sympozjum o J.H. Newmanie

plakat_int_poziom_IKE

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Przykazania Boże nie są ciężkie

J.H. Newman, „Kazania parafialne”, Tom I,

Kazanie 8. Przykazania Boże nie są ciężkie 

„Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie.” (1 J 5, 3)

181612_mojzesz2020Kopia_34Trzeba nieustannie pamiętać, iż dostanie się do nieba jest czymś bardzo doniosłym i trudnym. „Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych”, „Ciasna jest brama i wąska droga”, „Wielu będzie chciało wejść, a nie będą mogli”, „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Mt 22, 14; 7, 14; Łk 13, 24; 14, 26). Z drugiej strony, jest oczywiste dla każdego, kto czyta Nowy Testament z uwagą, że Chrystus i Jego apostołowie mówili o życiu religijnym jak o czymś łatwym, przyjemnym i wygodnym. Tak jest w słowach Pisma, które wybrałem: „Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie.” W podobny sposób mówi nasz Zbawiciel: „Przyjdźcie do Mnie (…), a Ja was pokrzepię. (…) Jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 28-30). Również Salomon w Starym Testamencie mówi w ten sam sposób o prawdziwej mądrości: „Jej drogi drogami miłymi, ku szczęściu wiodą wszystkie jej ścieżki. Dla tego, co strzeże jej, drzewem jest życia, a kto się jej trzyma – szczęśliwy. (…) Gdy spoczniesz, nie zaznasz trwogi, zaśniesz, a sen twój będzie przyjemny” (Prz 3, 17-24). Nadto, u proroka Micheasza czytamy: „I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?” (Mi 6, 8) tak jakby była to mała i prosta rzecz do wykonania.

Teraz spróbuję pokazać jak to jest, że owe pozornie przeciwstawne deklaracje Chrystusa i Jego proroków oraz apostołów zostają wypełnione dla nas. Albowiem może zostać zarzucone przez nierozważnych ludzi, że jesteśmy, jeśli mogę tak to wyrazić, szorstko traktowani. Zaprasza się nas, byśmy przyszli do Chrystusa i przyjęli Jego lekkie jarzmo, obiecuje nam się łatwe i szczęśliwe życie, radość czystego sumienia, zapewnienie o przebaczeniu i nadzieję nieba, a potem, z drugiej strony, gdy już przychodzimy, jesteśmy jak gdyby niegrzecznie odpychani, straszeni, wydawani rozpaczy z powodu surowych wymagań i złych przeczuć. Taki jest zarzut. Nie mógłby go postawić żaden chrześcijanin, bo my, bracia moi, znamy zbyt dobrze miłość naszego Pana i jedynego Zbawiciela, który umarł za nas, byśmy choć przez chwilę mogli na poważnie w ten sposób się skarżyć. Mamy co najmniej tyle wiary, że wystarcza ona do tego – a nie potrzeba jej aż tak wiele – by uwierzyć, że Syn Boży, Jezus Chrystus, nie jest „tak i nie, lecz dokonało się w Nim tak. Albowiem ile tylko obietnic Bożych, wszystkie są tak w Nim. Dlatego też przez Niego wypowiada się nasze «Amen» Bogu na chwałę” (2 Kor 1, 19-20). Z tego właśnie powodu nikt z nas nie może na poważnie się skarżyć – pozwolę sobie stwierdzić to dosadnie – naleganie na obecność czegoś takiego w osądzie chrześcijanina jest absurdem bardziej nawet niż złośliwością. Pomimo tego, choć nikt z nas tak naprawdę nie odczuwa sprzeciwu wobec Ewangelii i wobec owej rozbieżności, z którą Ewangelia jest nam przedstawiana, to nawet jeśli stanowi to utrudnienie, byłoby dobrym dla naszego zbudowania, byśmy spojrzeli na te dwa punkty widzenia jako zgodne ze sobą. Winniśmy zrozumieć jak jest ona zarówno surowa oraz pobłażliwa w swoich przykazaniach i zarówno ciężka i łatwa w swoim posłuszeństwie po to, byśmy mogli ją w ogóle zrozumieć. „Przykazania Jego nie są ciężkie”, mówi tekst Pisma. Jak to jest? Podam jedną odpowiedź z kilku, których można udzielić na to pytanie.

Przede wszystkim, trzeba teraz przyznać, że tak w zasadzie, one ciężkie dla wielkich mas chrześcijan. Nie mam zamiaru ukrywać tego faktu, o którym Biblia nie musi nas informować, ale który potwierdza powszechne doświadczenie. Nie ma wątpliwości, że nawet owe elementarne obowiązki, o których mówi prorok, „pełnienie sprawiedliwości, umiłowanie życzliwości i pokorne obcowania z Bogiem twoim” są dla większości ludzi ciężkie.

Z tego powodu ludzie o światowych umysłach, kiedy uznali, że podążanie prawdziwą drogą życia jest nieprzyjemne, spróbowali znaleźć inne, łatwiejsze drogi i przyzwyczaili się do argumentowania, iż musi istnieć inna droga, która lepiej im odpowiada niż ta, którą podążają ludzie pobożni – dlatego, że Pismo stwierdza, iż przykazania Chrystusa nie są ciężkie. Chodzi mi o to, że spotykacie osoby, które mówią: „W końcu nie powinno się oczekiwać, że surowe życie religijne jest aż tak konieczne jak się nam mówi w Kościele – inaczej jakże ktoś mógłby się zbawić? Więcej, i Chrystus zapewnia nas, że Jego jarzmo jest lekkie. Bez wątpienia będzie nam się dobrze powodziło, choć nie jesteśmy tak gorliwi w wypełnianiu naszych obowiązków jak powinniśmy być, choć nie jesteśmy tak regularni w naszym uczestnictwie w nabożeństwach, choć nie szanujemy duchownych Chrystusa i Jego Kościoła tak bardzo jak to czynią niektórzy ludzie, choć nie pracujemy nad poznawaniem Bożej woli, nad zapieraniem się siebie i życiem w Jego chwale tak całkowicie jak tego nakazuje surowa litera Pisma.” Niektórzy ludzie poszli tak daleko w swej śmiałości, by powiedzieć: „Bóg nie potępi człowieka tylko dlatego, że miał trochę przyjemności”, przez co rozumieją prowadzenie bezbożnego i rozwiązłego życia. Wielu jest też takich, którzy utrzymują, że wolno nam żyć według świata, robiąc to w sposób uczciwy, a równocześnie żyć dla Boga, twierdząc, że błogosławieństwa tego świata zostały nam dane przez Boga i z tego powodu mogą zostać legalnie wykorzystane – że używać ich legalnie oznacza używać z umiarkowaniem i wdzięcznością – że czymś złym jest być posępnym, a właściwym jest być niewinnie radosnym, i tak dalej. Wszystko to jest zupełną prawdą, jeśli w ten sposób się o tym mówi, chyba, że zostanie to wykorzystane w sposób nieuczciwy, nazywając umiarkowanym i niewinnym to, co apostołowie nazwaliby podporządkowaniem, się światu i służeniem mamonie zamiast Bogu.

Zatem więc, przed pokazaniem wam co to znaczy, że przykazania Chrystusa nie są ciężkie, powiedziałem czego to nie oznacza. Nie oznacza to, że Chrystus obywa się bez surowego religijnego posłuszeństwa – cały język Pisma jest przeciwko takiemu poglądowi. „Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim” (Mt 5, 19). „Choćby ktoś przestrzegał całego Prawa, a przestąpiłby jedno tylko przykazanie, ponosi winę za wszystkie” (Jk 2, 10). Cokolwiek znaczy to, że jarzmo Chrystusa jest lekkie, nie jest to zachęta do grzechu. A poza tym, cokolwiek to oznacza, powtarzam, w zasadzie dla większości ludzi nie jest to łatwe. Póki co, nie ma tu o czym dalej dyskutować. Teraz więc przejdźmy, po tym wstępie, do zastanowienia się w jaki sposób On wypełnia wobec nas swoje obietnice, dotyczące tego, że Jego drogi są drogami przyjemnymi.

1. Otóż, zakładając, że jakiś przełożony obiecałby ci pewien prezent otrzymywany w konkretny sposób, a ty nie kierowałbyś się jego wskazówkami, czy to on złamałby swoją obietnicę, czy to ty dobrowolnie odebrałbyś sobie ową korzyść? Oczywiście to ty doprowadziłbyś do swojej własnej straty. Faktycznie, mógłbyś uznać jego ofertę za niewartą przyjęcia, rzeczywiście obciążoną warunkami, które się z nią łączą, ale jednak nie mógłbyś, będąc przyzwoitym, powiedzieć, że to on zawiódł w swoim zobowiązaniu. Otóż, kiedy Pismo obiecuje nam, że przykazania mają być łatwe, łączy tę obietnicę z zaleceniem, byśmy szukali Boga wcześnie. „Ja miłuję tych, którzy mię miłują; a którzy mię szukają rano, znajdują mię” (Prz 8, 17).[1] Ponadto: „Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości” (Koh 12, 1). Oto słowa Salomona, a jeśli żądasz autorytetu naszego Pana samego, zważ na Jego wskazówki odnośnie dzieci: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże” (Mk 10, 14). Młodość to czas Jego przymierza z nami, kiedy On po raz pierwszy daje nam swego Ducha – dając Go wówczas po raz pierwszy, abyśmy mogli wtedy bezzwłocznie rozpocząć nasz powrót do posłuszeństwa wobec Niego – nie dając Go po to, byśmy opóźniali naszą ofiarę wdzięczności o dwadzieścia, trzydzieści lub pięćdziesiąt lat! Jest teraz oczywiste, że posłuszeństwo Bożym przykazaniom zawsze jest łatwe i prawie nie wymaga wysiłku ze strony tych, którzy zaczynają służyć Jemu od początku swoich dni, podczas gdy dla tych, którzy czekają jakiś czas, jest to ciężkie proporcjonalnie do tego, jak długo zwlekali.

Albowiem rozważcie, jak łagodnie Bóg nas prowadzi w naszych młodych latach i jak bardzo powoli ukazuje nam skomplikowane obowiązki życia. Dziecko z początku nie ma wiele więcej do zrobienia niż być posłuszne swoim rodzicom – o Bogu wie tyle tylko, ile oni potrafią mu powiedzieć i nie jest w stanie mierzyć się z wieloma myślami, czy to o Nim, czy to o świecie. Jest niemalże bierne w rękach tych, którzy dali mu życie, a chociaż posiada pewne ukryte instynkty co do dobra i zła, prawdy i fałszu, które mają wszyscy ludzie, nie wie wystarczająco wiele, nie miało dostatecznego doświadczenia w kontakcie z zewnętrznymi przedmiotami, na tyle aby ujawnić w formie i czynie owe wrodzone zasady sumienia, albo uświadomić sobie ich istnienie.

A podczas gdy, z jednej strony, zakres jego aktywności jest bardzo ograniczony, zauważcie, jak mu się w niej pomaga. Po pierwsze, nie ma ono żadnych złych przyzwyczajeń, które powstrzymywałyby natchnienia jego sumienia – lenistwa, pychy, kłótliwości – nie działają więc one tak, jak to się dzieje później, gdy umysł przyzwyczai się do nieposłuszeństwa, stając się stawiającymi opór przeszkodami, mocno tkwiącymi na drodze obowiązku. Posłuszeństwo wymaga wysiłku, to oczywiste, ale takiego jak fizyczny wysiłek dziecka, które podnosi się z ziemi po upadku, nie zaś wysiłku otrząsania się ze snu, nie, co gorsza, gwałtownego fizycznego wysiłku w chwili choroby lub długiego osłabienia. Kiedy zaś pierwszy wysiłek zostanie podjęty, posłuszeństwo podczas drugiej próby będzie łatwiejsze niż wcześniej, aż w końcu wówczas łatwiej będzie być posłusznym aniżeli nieposłusznym. Dobre przyzwyczajenie zostanie uformowane tam, gdzie inaczej powstałby zły zwyczaj. Zatem, w dziecku, jak można by przypuszczać, rozpoczęłoby się kształtowanie nowego charakteru, niepodatnego już więcej na wpływy każdej pokusy ku złości, niezadowoleniu, lękowi i uporowi, w taki sam sposób jak to miało miejsce wcześniej, ale z czymś w rodzaju mocnej zasady w jego sercu, aby odpierać pokusy w obronny sposób, tak jak tarcza odpiera strzały. W tym samym czasie, zakres jego działań powiększyłby się i, chociaż na jakiś czas kwestia jego próby stałaby się wątpliwa dla tych, którzy, tak jak aniołowie, byliby w stanie ją zobaczyć, to jednak, jeśli dziecko konsekwentnie podążałoby tym łatwym kursem przez kilka lat, może być tak, że jego ostateczne zbawienie zostałoby zapewnione i mogłoby zostać przewidziane przez tych, którzy byliby w stanie widzieć jego serce, choć ono o tym wszystkim nic by nie wiedziało. Bez wątpienia przyszłyby na niego nowe próby, zaatakowałyby go złe namiętności, co do których istnienia nie miało pojęcia, ale dusza narodzona w ten sposób z Boga, mówiąc słowami św. Jana, „nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka” (1 J 5, 18). „Trwa w nim nasienie Boże; taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga” (1 J 3, 9). W taki sposób dotrwałoby ono do stanu dorosłego, jego obowiązki z czasem osiągnęłyby swój pełny zakres, a jego dusza byłaby w każdej części gotowa na stosowne ich wypełnianie. Taki mógłby być błogosławiony stan każdego z nas, jeśli tylko od dziecięctwa kierowalibyśmy się tym, o czym wiemy, że jest słuszne. We wczesnych latach życia Chrystusa, o ile możemy ośmielać się mówić o Nim w odniesieniu do nas, tak się stało, gdy wzrastał dzień po dniu bez grzechu, tak w mądrości, jak i w latach, w łasce u Boga i u ludzi.[2] Jednakże, celem mojego mówienia o owym stopniowym wzroście w świętości duszy nie jest wskazanie na to, co mogłoby być, jeśli nasze serca byłyby posłuszne Bogu, ale pokazanie jak łatwe posłuszeństwo byłoby dla nas w takim przypadku – polegałoby ono nie na nużących ceremoniach, nie na przykrej dyscyplinie ciała, ale na dobrowolnej ofierze serca, które zostało stopniowo i przez bardzo małe, okazjonalne wysiłki wyćwiczone, by kochać to, co pochwala Bóg i nasze sumienie.

The Sermon on the Mount Carl Bloch, 1890

Kazanie na Górze

Tym sposobem, przykazania Chrystusa postrzegane tak, jak On nam ich nakazuje przestrzegać, nie są ciężkie. Byłyby one ciężkie, gdyby zostały nałożone na nas od razu, ale one nie są nakazywane wszystkie na raz – zgodnie z Jego porządkiem, który opiera się na harmonijnym i rozważnym planie nadawania ich stopniowo, najpierw jeden obowiązek, potem następny, potem oba, i tak dalej. Co więcej, przychodzą one na nas w tym czasie, gdy zasada kierowania się cnotą formuje się w sposób naturalny i stopniowy w naszych umysłach poprzez uczynki posłuszeństwa, po których ona przychodzi jako nagroda. Dalej, jeśli ludzie nie przyjmują swoich obowiązków na rozkaz Chrystusa, ale decydują się odkładać podporządkowanie się oraz zamierzają podjąć się swoich zadań kiedyś w przyszłości i potem nadrobić czas miniony, czy jest w tym cokolwiek dobrego, jeśli takie działanie jest dla nich bolesne i trudne? Jeśli są przytłoczeni zaległościami w swojej doniosłej pracy, jeśli plączą się i potykają w zawiłościach Boskiego porządku, który stopniowo rozrósł się nad nimi? Czyż Chrystus jest zobowiązany powstrzymać ów porządek, przeorganizować swoją opatrzność tak, aby zabrać tych ludzi z ich właściwego miejsca w Kościele, ratując ich spod kół, które ich kruszą i postawić ich w jakimś prostszym i bardziej dziecinnym miejscu próby, gdzie, choć nie można mieć mniej do oduczenia się, mogliby przynajmniej na jakiś czas mieć mniej do zrobienia?

2. Biorąc to wszystko pod uwagę, ciągle można się sprzeciwiać, bo skoro, tak jak przyznałem, przykazania Boże ciężkie dla większości ludzi, to jaki jest pożytek z mówienia jacy ludzie być powinni, kiedy wiemy jacy ? I w jaki sposób mówienie nam, że Jego przykazania nie powinny być ciężkie jest wypełnianiem obietnicy, iż Jego przykazania nie będą ciężkie? Mówić, że Prawo samo w sobie jest święte, sprawiedliwe i dobre to jedna rzecz, ale deklarować, że nie jest ono ciężkie dla grzesznika to zupełnie inna sprawa.

W odpowiedzi na to pytanie przyznaję całkowicie, że nasz Zbawiciel mówił o człowieku takim, jaki jest, jako o grzeszniku, gdy powiedział, że Jego brzemię będzie dla niego lekkie.[3] Z pewnością nie przyszedł On powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.[4] Bez wątpienia znajdujemy się w zupełnie innym stanie niż Adam przed swoim upadkiem i nie ma wątpliwości, że pomimo to św. Jan mówi, że nawet dla człowieka upadłego Jego przykazania nie są ciężkie. Z drugiej strony, przyznaję, że jeśli człowiek nie potrafi być posłuszny Bogu, posłuszeństwo musi być ciężkie. Przyznaję także, oczywiście, że człowiek ze swej natury nie potrafi być posłuszny Bogu. Zaobserwujcie jednak, że nic nie zostało tutaj powiedziane przeze mnie, ani przez św. Jana, o człowieku jako urodzonym w grzechu ze swej natury, ale jako o dziecku łaski, jako o własności nabytej przez Chrystusa, który idzie przed nami ze swoim miłosierdziem, najpierw udziela błogosławieństwa, a potem dodaje przykazanie, odradza nas, a następnie nakazuje posłuszeństwo. Chrystus nie zobowiązuje nas do czynienie niczego, czego nie potrafimy wykonać. On naprawia niedoskonałość naszej natury, zanim jeszcze objawi się ona w działaniu. On oczyszcza nas z grzechu pierworodnego i ratuje nas od gniewu Boga poprzez sakrament chrztu. On udziela nam daru swego Ducha i wtedy mówi: „I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?”[5] I czyż to jest ciężkie?

Kiedy zatem ludzie powołują się na swoją złą naturę jako usprawiedliwienie niechęci wobec Bożych przykazań, to jeśli faktycznie są oni poganami, niech zostaną wysłuchani, a nawet im może zostać udzielona odpowiedź. Jednakże to nie poganami się teraz zajmujemy. Owi ludzie skarżą się jako chrześcijanie i jako chrześcijanie, czyniąc tak, są całkowicie niedorzeczni, bo Bóg dostarczył lekarstwa na ich naturalną niezdolność w postaci daru Jego Ducha. Posłuchajcie słów św. Pawła: „Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa. (…) Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego” (Rz 5, 15-21).

Istnieją osoby, niech to nigdy nie zostanie zapomniane, które w taki sposób podążały prowadzone przez Boską opatrzność od swojej młodości, że dla nich Jego przykazania nie tylko nie są ciężkie, ale nigdy takie nie były – a to, że tacy ludzie istnieją stanowi podstawę potępienia wszystkich tych, którzy tacy nie są. Zostali oni wychowani, „stosując karcenie i napominanie Pańskie” (Ef 6, 4), a teraz żyją w miłości i pokoju Bożym, „który przewyższa wszelki umysł” (Flp 4, 7). Tacy są ci, o których nasz Zbawiciel mówi jako o „sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15, 7). Nie jest tak, że oni sami tak mówią o sobie, bo w swym sercu są oni w pełni świadomi niezliczonych grzechów i powszedniej ułomności. Jednak, wbrew potknięciom i upadkom na ich duchowej drodze, ogólnie rzecz biorąc, zdołali wytrwać. Jako dzieci służyli oni Bogu całkowicie, jeśli okazali nieposłuszeństwo, odzyskiwali utracony grunt, szukali Boga i godzili się z Nim. Być może ich młoda wiara ustępowała na jakiś czas zupełnie, ale nawet wówczas okazywali szczerą skruchę i silną odrazę wobec grzechu oraz szczerze się modlili by nadrobić stracony czas i dotrzymać tempa biegowi Boskiej opatrzności. Tak więc szli oni z Bogiem, choć istotnie nie krok w krok, nigdy przed Nim, często marudząc, potykając się i zapadając w sen, a jednak potem ruszając i spiesząc bez ociągania, by przestrzegać Jego przykazań, biegnąc i nie przeciągając w czasie.[6] W ten sposób idą oni naprzód, jednak nie sami z siebie, ale podtrzymywani Jego Prawicą i prowadzeni przez Jego Słowo, a chociaż nie mają czym się chlubić i znają swoją bezwartościowość, to jednak są świadkami Chrystusa wobec wszystkich ludzi, pokazując czym człowiek może się stać i czym wszyscy chrześcijanie być powinni. Zaś w dzień ostatni, będąc uznani za godnych dziedzictwa świętych w światłości,[7] „potępią świat”, tak jak uczynił to Noe i staną się „dziedzicami sprawiedliwości, którą otrzymuje się przez wiarę”,[8] zgodnie ze słowami: „Tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara” (1 J 5, 4).

Wreszcie, do czego zmierzają te uwagi, które czynię, jeśli nie do tego, by uniżyć każdego z nas? Albowiem, jakkolwiek wierni byśmy byli w posłuszeństwie Bogu i jakkolwiek wcześnie byśmy rozpoczęli takie postępowanie, z pewnością mogłoby to być prędzej niż faktycznie miało to miejsce i moglibyśmy służyć Jemu z większym zaangażowaniem serca. Możemy to sobie jedynie uświadomić. Pojedyncze osoby spośród nas mogą być mniej lub bardziej winne, zależnie od przypadku, ale najlepsi i najgorsi z nas tutaj zebrani mogą zjednoczyć się, aby wyznać, że „zbłądziliśmy i oddaliliśmy się od Twych dróg jak zagubione owce”, „postępowaliśmy zbyt często według zamysłów i pragnień naszych własnych serc”, „nie ma w nas zdrowia” i jesteśmy „nędznymi grzesznikami.”[9] Niektórzy z nas mogą być bliżej nieba, inni dalej od niego, niektórzy mogą mieć mocną nadzieję zbawienia, a inni – Boże uchowaj – choć może i tak być, nie mają obecnie żadnej nadziei. Pomimo tego, zjednoczmy się teraz jako jedno ciało w wyznawaniu – przez tę lepszą część z nas takie wyznanie będzie lepiej przyjęte, a dla tej gorszej jest ono bardziej potrzebne – że jesteśmy grzesznikami, zasługującymi na Boży gniew i nie mającymi żadnej nadziei poza obietnicami, „ogłoszonymi ludzkości w Chrystusie Jezusie, naszym Panu.”[10] Ten, który najpierw odrodził nas, potem dał swoje przykazania, a następnie został tak niewdzięcznie przez nas opuszczony, On ponownie musi nas usprawiedliwić i pospieszyć, jeśli mamy uzyskać przebaczenie po nagromadzonych winach. Prześledźmy w pamięci, na ile potrafimy, nasze wczesne lata życia – jacy byliśmy mając pięć lat, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia! Jaki byłby nasz stan – o ile jesteśmy w stanie to odgadnąć – gdyby Bóg kazał nam zdać sprawę w jakimkolwiek wieku aż do chwili obecnej. Nie zapytam jak by nam poszło gdybyśmy zostali zabrani w tej chwili – miejmy nadzieję, że jak najlepiej.

Niech każdy z nas, powiadam, zastanowi się nad swoim własnym rażącym i uporczywym lekceważeniem Boga w różnych okresach swego dotychczasowego życia. Jak delikatny był On względem nas! Jak chronił nas przed pokusami! Jak stopniowo ujawniał nam swoją wolę, tak byśmy byli w stanie ją znieść![11] Jak wszystko czynił należycie, tak by dzieło duchowe mogło się rozwijać w spokoju, bezpiecznie i pewnie! Jak On nas prowadził, od zadania do zadania, jakby krok po kroku w górę, po łagodnych szczeblach drabiny, której szczyt sięga nieba! A jednak oddaliśmy się pokusie! Jak to się stało, że odmówiliśmy przyjścia do Niego byśmy mieli życie! Jak mogliśmy tak śmiele zgrzeszyć przeciwko światłu! A jaka była tego konsekwencja? Taka, że nasze zadanie urosło ponad nasze siły, albo też, że nasza siła zmniejszyła się, gdy nasze obowiązki zwiększyły się, aż w końcu zrozpaczeni zrezygnowaliśmy z posłuszeństwa. A On jednak wówczas na nas zaczekał, będąc wobec nas miłosiernym, odwrócił się i spojrzał na nas tak, by przywieźć nas do pokuty, a my przez chwilę byliśmy poruszeni. Jednakże, nawet i wtedy nasze krnąbrne serca nie mogły nadążyć za swymi własnymi postanowieniami, pozwalając, by uszedł z nich ów żar otrzymany od Chrystusa, tak jakby były z kamienia, a nie z żywego ciała. Co jeszcze mogło zostać uczynione Jego winnicy, czego On jej nie uczynił? (Iz 5, 4). „Ludu mój (wydaje się, że tak mówi On do nas), cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi! Otom cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli wybawiłem ciebie. (…) I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?” (Mi 6, 3-8). On pokazał nam, co jest dobre. On zrodził cię i nosił na swym łonie „abyś nie uraził swej stopy o kamień” (Ps 91, 12). On wylał swego Ducha Świętego na nas, abyśmy umieli Go miłować. „Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie.” Dlaczego zatem są one ciężkie dla nas? Dlaczego zbłądziliśmy z Jego dróg i uczyniliśmy twardymi nasze serca przed Nim? Dlaczego dzisiaj stoimy zawstydzeni, a nawet zaskoczeni z tego powodu, że znosimy wyrzuty ze strony naszej młodości?

Zwróćmy się do Pana dopóki jeszcze możemy. Trudność będzie proporcjonalna do dystansu, na jaki od Niego się oddaliliśmy. Ponieważ każdy z nas mógł uczynić więcej niż uczynił, to ucierpiał z powodu strat, których nie sposób nadrobić. My uczyniliśmy Jego przykazania ciężkimi dla nas i my musimy z tym sobie poradzić. Nie próbujmy wymówić się od ich przestrzegania dlatego, że one ciężkie. My nie potrafimy zmyć plam grzechu. Bóg może nam przebaczyć, ale grzech dokonał swojego dzieła, a pamiątka po nim pozostała w duszy. Bóg to widzi. Szczere posłuszeństwo i modlitwa będą stopniowo ją usuwać. Mimo to, jakaż żałosna to strata czasu w naszym krótkim życiu, by, skoro stało się to konieczne, zajmować się jedynie odwracaniem dokonanego przez nas zła, zamiast postępować ku doskonałości! Jeśli nawet za łaską Bożą będziemy w stanie w pewnym stopniu uświęcić się pomimo naszych przeszłych grzechów, to jednak o ile więcej moglibyśmy byli dokonać, gdybyśmy zawsze byli zaangażowani w służbę dla Niego!

Przemyślenia te są gorzkie i upokarzające, ale to dobre myśli, o ile prowadzą nas do skruchy. To zaś przywodzi mnie do jeszcze jednej uwagi, którą podam na zakończenie.

Jeśli ktokolwiek, kto słucha mnie w tej chwili i jest poruszony tym, co powiedziałem, odczuwając wyrzuty i wstyd z powodu zepsutego sumienia, podejmuje nagle dobre postanowienie, niech zważa, by zacząć wypełniać je niezwłocznie, postępując według niego. Żarliwie i usilnie o to proszę. Powód jest następujący: jeśli ktoś tak nie postąpi, zaczyna się przyzwyczajać do nieuwagi i braku wrażliwości. Bóg porusza nas, aby początek wypełniania obowiązku był łatwy. Jeśli my nie posłuchamy, On przestaje nas poruszać. Każdy z was, bracia moi, kto nie skorzysta z tej uprzedzającej opatrzności, jeśli nie zwróci się teraz do Boga z gorącym sercem, później będzie musiał to uczynić, o ile w ogóle to uczyni, z zimnym sercem, co jest o wiele trudniejsze. Niech Bóg was przed tym broni!

(tłum. Marcin Kuczok)

Tekst ukazał się drukiem w „Oratoriana” nr 84 (2016), s. 40-53


[1]    Tłumaczenie cytatu podane za Biblią Gdańską, gdyż w tym przypadku lepiej oddaje sens myśli Newmana niż Biblia Tysiąclecia, która została wykorzystana w pozostałych cytatach biblijnych.

[2]    Zob. Łk 2, 52 (przyp. tłum.).

[3]    Zob. Mt 11, 30 (przyp. tłum.).

[4]    Zob. Mt 9, 13 (przyp. tłum.).

[5]    Mi 6, 8 (przyp. tłum.).

[6]    Zob. Ps. 119, 60 (przyp. tłum.).

[7]    Zob. Kol 1, 12 (przyp. tłum.).

[8]    Zob. Hbr 11, 7. W przypisie do tego wersetu Biblia Tysiąclecia wskazuje na Rdz 6, 8-22 i Rdz 7, 1, zaznaczając, że Noe potępił innych ludzi samym przykładem życia krańcowo różnego od życia jego współczesnych (przyp. tłum.).

[9]    Użyte tutaj przez Newman zwroty to cytaty z anglikańskiego aktu pokutnego, pochodzącego z oficjalnego modlitewnika tego wyznania, zatytułowanego „Book of Common Prayer” (1662). Polska wersja tego aktu pokutnego, choć nieco zmieniona w stosunku do angielskojęzycznego oryginału, została podana na stronie internetowej Polskiej Wspólnoty Episkopalnej pod adresem www.episkopalianie.pl (przyp. tłum.).

[10]  Jak wyżej (przyp. tłum.).

[11]  1 Kor 10, 13.

Opublikowano Kazania parafialne (Parochial and Plain Sermons) | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Bł. J. H. Newman o Eucharystii

Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. (J 6, 54-55)

img_concilioW dniu 8 grudnia 2015 roku mija dokładnie 50 rocznica zakończenia obrad Soboru Watykańskiego II, który trwał w latach 1962-1965, przynosząc wielowymiarową odnowę Kościoła katolickiego, tak w odniesieniu do jego życia wewnętrznego, jak i relacji ze światem współczesnym. W Konstytucji o liturgii świętej Ojcowie Soboru przypomnieli nam ważną prawdę, iż liturgia jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem źródłem, z którego wypływa cała jego moc. Ta nauka odnosi się w sposób szczególny do Eucharystii, z której, jako ze źródła, spływa na nas łaska i z największą skutecznością dokonuje się to uświęcenie ludzi w Chrystusie i uwielbienie Boga, do którego, jako do celu, zmierzają wszelkie inne działania Kościoła. Szczególne umiłowanie Eucharystii cechowało także życie i nauczanie bł. Jana Henryka Newmana – określanego czasem jako „prekursor Soboru Watykańskiego II,” – który poświęca temu sakramentowi sporo uwagi w swoich pismach.

Przede wszystkim, Newman zwraca uwagę na fakt, że realna obecność Chrystusa w Eucharystii jest czymś zupełnie niezrozumiałym dla kierującego się samym tylko rozumem świata. Co więcej, z czysto racjonalnego punktu widzenia ludzi światowych może wydawać się czymś zaskakującym, że zwłaszcza wykształceni katolicy mogą dobrowolnie wierzyć w coś, czego nie sposób wytłumaczyć rozumowo. Dlatego oskarżają oni wierzących o ślepe trzymanie się jakichś starych przesądów i zwyczajów, rodem z ciemnych wieków średniowiecza. W ich opinii są one jedynie niepotrzebnym ciężarem dla człowieka oświeconego. O tym, że wiara w realną Bożą obecność w Najświętszym Sakramencie nie jest łatwa może świadczyć fakt, że Newman, jako anglikanin, sam miał trudności z uznaniem katolickiej doktryny o transsubstancjacji, czyli o rzeczywistej i trwałej przemianie substancji chleba i wina w Ciało i Krew Zbawiciela. Po ludzku była ona dla niego niemożliwa do wyobrażenia sobie. Jak wyznaje w swojej autobiografii, zatytułowanej Apologia pro vita sua, czyli „obrona” lub „tłumaczenie się z własnego życia”, dopiero gdy nawrócił się na katolicyzm, to wówczas wraz z wiarą, że autorytet nauczycielski Kościoła rzymskokatolickiego pochodzi bezpośrednio od Boga przyjął on także i tę skomplikowaną naukę o obecności Chrystusa w Eucharystii.

eucharystia-sacrumNiemniej jednak, choć istotnie trudno pojąć, jak to się dzieje, że Chrystus daje nam swoje Ciało i Krew do spożywania, Błogosławiony zachęca, by skupić się na skutkach, jakie ma dla nas przyjmowania Eucharystii. Jezus powiedział apostołom: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym (J 6, 53-54). Komentując te słowa Pana, kardynał Newman zaznacza w jednym ze swoich kazań na temat Eucharystii, iż tak jak spożycie zakazanego owocu sprowadziło śmierć na Adama, tak spożywanie tego „owocu” daje nam życie wieczne. Eucharystia bowiem to ziarno życia wiecznego w nas i pokarm nieśmiertelności – jak chleb powszedni podtrzymuje nasze życie doczesne, tak Chleb Eucharystyczny umacnia nasze siły życiowe na wieczność. Newman wyjaśnia, że tak jak nie sposób wyobrazić sobie, by ktoś mógł utrzymać się przy życiu doczesnym bez spożywania pokarmu naturalnego, tak niemożliwym jest żyć wiecznie bez spożywania tego Pokarmu, który został ustanowiony przez Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Owszem, Bóg mógłby podtrzymywać nasze życie doczesne bez przyjmowania przez nas pożywienia, ale tak właśnie urządził świat, że potrzebujemy je spożywać. Podobnie, Wszechmocny mógłby podtrzymywać naszą nieśmiertelność w inny sposób, bez Sakramentów Świętych, ale taka jest Jego wola, a nie inna, byśmy w tym celu spożywali Jego Ciało i pili Jego Krew. W ten sposób, gdy spożywamy Święty Chleb, nasze ciała stają się święte, nie należą już do nas, a do Chrystusa, którego Ciało przyjmujemy, zostają mieszkaniami Ducha Świętego i stają się nieśmiertelne – umierają, ale tylko na jakiś czas, a gdy ich „sen” się skończy, jak pisze Błogosławiony, powstaną, by królować z Chrystusem na wieki.

W innym kazaniu Jan Henryk Newman wzywa wiernych do gorliwego uczestnictwa wpobrane celebracji Wieczerzy Pańskiej, bo – podobnie jak to wyraził to 100 lat później Sobór Watykański II – dzięki tym obrzędom prawdziwie dostępujemy życia duchowego, które jest celem naszych codziennych modlitw, a Ciało i Krew Chrystusa nadają naszej codziennej wierze siłę i skuteczność. Oto właśnie wyznaczony przez Boga środek do uzyskania Jego błogosławieństwa. Dzieje się tak, bo choć Chrystus umarł raz, dawno temu, to poprzez udział w Jego Sakramencie odnawiamy śmierć Pana, przyjmujemy osobiście tę ofiarę, która zgładziła grzechy świata i dostępujemy udziału w wynikających z niej korzyściach, chociaż spożywamy ją pod postaciami chleba i wina. Tym sposobem zewnętrzne znaki stają się środkami do uzyskania niewidzialnej łaski. Także w swoich późniejszych Rozmyślaniach i modlitwach błogosławiony kardynał Newman podkreśla dobitnie, że każda msza święta to ofiara Pana, który codzienne uniża się i chociaż nie może już podlegać bólowi i śmierci, jednak poddaje się niegodnemu traktowaniu i ograniczeniom, by do końca wypełnić swoje miłosierdzie wobec nas. Z kolei o przyjmowaniu Komunii Świętej pisze Newman w postawie wdzięczności i uwielbienia, że choć Bóg może mieszkać tylko w tym, kto jest czysty i święty, tak jak zamieszkał w przeczystym łonie Najświętszej Dziewicy, to jednak przychodzi do serca człowieka, mimo iż ten jest grzesznikiem, niegodnym przyjąć jedynego świętego Boga, którego serafiny uwielbiają trwożnie. Jak zauważa Błogosławiony, nic nie może nasycić człowieka, stworzonego przez Boga, wzmocnić jego nieśmiertelną duszę i słabe serce, oprócz Boga samego – dlatego właśnie sprawił On, że Jego własna Istota stała się pokarmem i napojem dla nas.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że dla chrześcijanina realna obecność Jezusa Chrystusa na ołtarzu pod postaciami chleba i wina to wielki przywilej, którego świat nie posiada. Jak zaznacza kardynał Newman w jeszcze innym kazaniu poświęconym Eucharystii, to ogromny dar dla nas – tak wielki i doniosły, że w konsekwencji tak bardzo trudny do ogarnięcia umysłem. Newman zachęca, by doceniać ten dar i korzystać z niego, dopóki mamy taką możliwość:

Ten wielki przywilej Bóg dał tak mnie, jak i tobie. Cieszmy się nim dopóki go mamy. Nikt z nas nie wie jak długo będzie go posiadał. Możliwe, że nie ma wśród nas nikogo, kto może liczyć na to, że będzie on trwał nieprzerwanie. Możliwe, a właściwie bardzo prawdopodobne jest, że to szczególny czas łaski w naszym życiu. Możliwe, że za jakiś czas będziemy spoglądać wstecz na te dni czy lata i wówczas, gdy już będzie po wszystkim, przypomnimy sobie o tym, jak miłe nam one były. Jak dobrze było przychodzić, dzień po dniu, cicho i spokojnie, by uklęknąć przed naszym Stwórcą i tydzień w tydzień spotykać się z naszym Panem i Zbawicielem. Jakże kojąca będzie wtedy pamięć o Jego przeszłych darach! Będziemy wspominać jak wstawaliśmy wcześnie rano i jak wszystkie rzeczy, światło i ciemność, słońce i powietrze, chłód i świeżość poranka tchnęły Nim – Nim, Panem chwały, który stawał ponad nami i pochylał się ku nam, dawał nam samego siebie i wylewał mleko i miód, aby nas podtrzymywać przy życiu, chociaż my Go nie widzieliśmy. Nie ma wątpliwości, że mamy wszystko i obfitujemy – zostaliśmy napełnieni.

Na zakończenie naszego rozważania nie można pominąć faktu, że z wielką uwagąpobrane (1) Newmana wobec tajemnicy obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie łączyło się jego osobiste nabożeństwo i cześć dla Eucharystii. Jednym z wyrazów takiego szczególnego uwielbienia wobec Boga obecnego wśród nas w Ciele i Krwi mogą być słowa jednej z modlitw, którą kardynał Newman odmawiał, nawiedzając Najświętszy Sakrament. Niech i dla nas stanowią one zachętę do tego, by ze stale rosnącym szacunkiem dla Eucharystii nasze uczestnictwo w ofierze mszy świętej i przyjmowanie Chrystusa do swego serca w Komunii Świętej stawało się – tak jak mówili o tym Ojcowie Soboru Watykańskiego II – źródłem i szczytem naszego chrześcijańskiego życia.

Oto staję przed Tym, w którego Wcielonej Obecności jestem, zanim tu stanąłem. Uwielbiam Cię, Zbawicielu mój, obecny tu jako Bóg i człowiek, w duszy i ciele, w prawdziwym ciele i krwi. Wiem i wyznaję, że oto klękam przed tym Świętym Człowieczeństwem, które się w łonie Maryi poczęło i na piersiach Maryi spoczywało; które wzrosło do wieku męskiego i nad Morzem Galilejskim powołało Dwunastu, działało cuda, przemawiało słowami mądrości i pokoju; które w wyznaczonej porze zawisło na krzyżu, legło w grobie, powstało z martwych, a teraz w niebie króluje. Wielbię Je i błogosławię, całkowicie oddaję się Jemu, który jest prawdziwym Chlebem duszy mojej, wieczną moją radością. (bł. J.H. Newman)

 Marcin Kuczok

Rozważanie ukazało się drukiem w „Świętogórskiej Róży Duchownej” nr 4/2015 (229), s. 36-39

Bibliografia:

Newman J.H., Apologia pro vita sua, tłum. S. Gąsiorowski, Fronda, Warszawa 2009.

Newman J.H., Discourses Addressed to Mixed Congregations, Longmans, Green, and Co., Londyn 1906.

Newman J.H., Parochial and Plain Sermons, Ignatius Press, San Francisco 1997.

Newman J.H., Rozmyślania i modlitwy, tłum. Z. Kubiak, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1973.

Sobór Watykański II, Konstytucje, dekrety, deklaracje. Tekst polski. Nowe tłumaczenie, Pallottinum, Poznań 2002.

Życiński W., „Newman”, w: Encyklopedia katolicka. Tom 13, KUL, Lublin 2009.

Opublikowano Rozważania | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj